• 0 Items - £0.00
    • Brak produktów w koszyku

Blog

To się zaczęło kilka lat temu…

Po całym dniu przebywania w galeriach sztuki współczesnej wracałam do domu i patrzyłam na ściany w swoim małym, wynajmowanym, watfordzkim mieszkaniu. Pod powiekami miałam wielkie przestrzenie Tate Modern, British National Museum czy Saatchi Gallery. Czułam podczas podziwiania sztuki, jak z ciała schodziło napięcie, a z głowy wietrzały problemy ludzi, które musiałam rozwiązywać w pracy. Pragnienie, by móc codziennie przebywać w podobnym otoczeniu, kiełkowało.

 

 

 

 

 

 

 

Potem była przeprowadzka i zwiedzanie galerii w Yorkshire. Leeds, Sheffield, Bradford. Urzekła mnie zwłaszcza ogromna Salts Mill & 1853 Gallery w Saltaire, w małej miejscowości pod Bradford i wszędobylski David Hockney. Był gdziekolwiek spojrzeć. Jego pracami obwieszono całe West Yorshire. Miał poświęcone sobie całe galerie i poszczególne wystawy. Znany jako malarz, działał także w innych dziedzinach sztuki. Inspiruje artystów z całego świata. Przyjeżdżają kontemplować jego prace, by później „malować Hockneyem”.

Jednak nie malarz mnie zachwycił, a ogromne czarno-białe fotografie stworzone w ramach cyklu The Big Big Camera, przedstawiające ludzi przy pracy. Długo stałam przed tymi zdjęciami i zachwycałam się prostotą. Zwykli anonimowi ludzie, typowe czynności, tylko dwa kolory – biel i czerń. Proste zdjęcia. Szacunek dla formy i przekazu. W ogóle zachwyca mnie i ciągle zaskakuje ten angielski respekt do człowieka jako takiego i jego pracy. Nieważne, jaki jesteś, co robisz, gdzie mieszkasz – jesteś kimś, tak po prostu, a twoja praca jest potrzebna. Może dlatego tak mi tu dobrze?

 

 

Kilka miesięcy później byłam w galerii The Hepworth w Wakefield. Zahipnotyzował mnie obraz Alana Reynoldsa Ascending. Taki prosty, doskonały w swojej formie i kolorze. I pasowałby mi do sypialni. Chciałabym móc patrzeć codziennie na biało-czarno-niebieskie geometryczne bryły.

 

 

 

 

Po kolejnej przeprowadzce miałam już duży dom i mnóstwo jasnych ścian do zagospodarowania. Przypomniało mi się Tate Modern i ogromne przestrzenie. I czarne metalowe eksponaty pięknej sztuki użytkowej na tle białych ścian… No właśnie, gdzie? Nie pamiętam.

 

 

 

Zaczęłam szukać obrazów lub ich printów w swojej okolicy. I okazało się, że jak już wiem, czego chcę, to albo nie ten rozmiar, albo nie te kolory, albo wykonanie mi nie odpowiada. A jak już znalazłam obraz, który był i duży, i kolorystycznie minimalistyczny, i forma ekspresji artysty do mnie przemówiła, to cena była poza moim zasięgiem.

I przypomniał mi się tamten obraz Alana Reynoldsa, złożony z kilku geometrycznych figur w trzech kolorach. I błysk – sama to namaluję! Kupiłam płótna, farby, pędzle. Poczytałam o technikach malarskich i rodzajach farb. Poszwendałam się po małych artystycznych sklepikach i pracowniach artystycznych. Podpytałam o szczegóły znajomych artystów. Zrobiłam sobie pracownię w jednym z pokojów gościnnych, który okazał się za mały, więc prace przenosiły się na różnych etapach wszędzie tam, gdzie można było akurat tworzyć. Radziłam sobie często, jak umiałam, wykorzystując wszystko, co miałam pod ręką i nadawało się do wykorzystania. Denerwowałam się, bo domownicy ciągle mnie pytali, co ja właściwie robię, do czego to będzie służyło i jak będzie wyglądał efekt końcowy. Irytowali mnie, bo sama sobie nie umiałam na pytania odpowiedzieć, a co dopiero im.

 

 

Już wiem, co to znaczy proces tworzenia i wiem, dlaczego on czasami trwa bardzo długo. Już zdaję sobie sprawę z tego, o czym mówią artyści, kiedy wspominają o niezrozumieniu ich przez świat.

 

Uświadomiłam sobie, co czuł Ryszard Kapuściński, kiedy pisał: „Jest taki rodzaj samotności, wynikający z poczucia niezrozumienia, gdy się wie rzeczy, o których inni nie wiedzą, i nie bardzo jest to komu przekazać, bo w gruncie rzeczy nie bardzo to innych interesuje”.

Ale mam to, co chciałam mieć. I wiem, że to się dopiero zaczęło. Wiem, że będzie trwać. I za każdym razem, kiedy wchodzę do swojej sypialni, czuję, jak z ciała schodzi napięcie, a z głowy odpływają złe myśli.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *