Życie z gastronautką

Od razu uprzedzę – łatwo nie jest. Zdaję sobie z tego sprawę i obiecałam RR, że lotnisko swojego imienia kiedyś dostanie.

  1. Kiedy jestem zapraszana od razu mnie się uprzedza, że nie będzie luksusów, płóciennych serwetek w kółeczkach, bo to tylko grill w ogródku, kawa i ciasto ewentualnie ktoś chce się pochwalić pierwszym własnoręcznie ugotowanym bigosem. A ja jestem najszczęśliwsza, gdy ktoś dla mnie zrobi naleśniki z jabłkami lub mielonego. Owoców morza, jagnięciny, lodów z pieprzem i dań bezglutenowych to ja mam dosyć w pracy.
  2. Ciężko ze mną planuje się życie rodzinne i wakacje. Urlop mam w styczniu, kwietniu albo we wrześniu. Wszystkie wakacje, majówki i święta to dla mnie czas wytężonej pracy. Bardzo rzadko zdarza się wolny Sylwester czy Wielkanoc. Mogę zostać także wezwana nagle do pracy, bo ktoś zachorował, albo po prostu nie przyszedł np. z powodu kaca, a restauracja musi funkcjonować. Nie dla mnie partner, który nie rozumie, jak to jest być dwadzieścia dwie godziny na nogach albo szesnaście dni non stop w pracy.
  3. Mój weekend to poniedziałek i wtorek.
  4. Nie dzwoni się do mnie przed 11 rano, za to północ to jak najbardziej właściwa pora.
  5. Spotkania, wyjazdy i inne towarzyskie i rodzinne uroczystości mam zaplanowane przynajmniej z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Nie dla mnie hasło „idziemy dzisiaj do klubu na salsę”. Na pójście może i miałabym czas. Nie mam czasu na odpoczynek.
  6. Nie dla mnie zwiedzanie zabytków w nowo odwiedzanych miejscach. Przewodniki turystyczne zaczynam czytać od stron z restauracjami, a potem i tak podążam swoim szlakiem knajp, by na koniec stwierdzić, że rozdział o gastronomii napisał jakiś totalny dyletant.
  7. Na przyjęciach jako gość z trudem powstrzymuję się przed szukaniem krzeseł dla stojących gości, robieniem kaw i dbaniem za gospodarzy o atmosferę.
  8. W druga stronę – jak chcesz mieć dbanie o pół przyjęcia z głowy, to mnie zaproś i daj mi zielone światło. Przy stole po jakimś czasie się nudzę i z przyjemnością czymś się zajmę. I chociaż uwielbiam jak mnie się obsługuje, to bezwiednie zaczynam pomagać i zarządzać imprezą.
  9. Na stole w domu zawsze jest świeży obrus i ładna zastawa, a posiłki muszą być ładnie podane i przygotowane z dobrych i świeżych produktów. Co wcale nie znaczy, że jest drogo i wystawnie – wręcz przeciwnie. Ale absolutnie nie wymagam tego u innych. Papierowy talerzyk na drewnianym stole z palet też jest w porządku. Byle czystym.
  10. Chociaż pracuję codziennie w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi i obsługuje często tych samych gości, codziennie mogę ci opowiedzieć inne historie. Niby wszystkie dni są takie same, a jednak zupełnie inne.
  11. Życie ze mną na co dzień jest stabilne i spokojne, bo nie szukam wrażeń ani w domu, ani poza domem w czasie wolnym. Lubię parki, puste plaże, współczesne muzea i malutkie ciche restauracyjki i kawiarnie. Adrenalinę w ilościach przemysłowych i tłumy to ja mam w pracy. Czasami zamykam się w domu i nie chcę nikogo oglądać, bo nienawidzę ludzi. Domownicy też mają zakaz odzywania się do mnie. Ale spokojnie – po dwóch dniach przechodzi.
  12. Odruchowo sprawdzam czystość w domowych kuchniach do których jestem zapraszana. Jeżeli przy mnie otworzysz lodówkę, to oprócz zerknięcia na produkty, rzucę okiem na uszczelkę i półki, czy są czyste. Jeżeli robisz mi kawę, to zwrócę uwagę, czy sięgasz po szczelną puszkę czy otwartą porozrywaną torebkę z szafki. Nie, nie komentuję. Ale zapamiętam.
  13. Goście, którzy przychodzą na kolację lub obiad, wcześniej zaplanowane i przygotowane przeze mnie z największą starannością, a którzy nic nie zjedzą, więcej nie zaproszę do swojego domu. Dla mnie to policzek w twarz.
  14. Zaproszonych gości zawsze wypytuję o upodobania kulinarne, czego absolutnie nie zjedzą i na co są uczuleni, ewentualnie na jakiej są aktualnie diecie. Wygląda to trochę na przesłuchanie, ale lubię klarowne sytuacje. Wiem, co mam przygotować.
  15. Nie umiem robić pierogów, bigosu, mielonych, naleśników i domowych ciast. Z domu tego nie wyniosłam, w restauracjach w których pracowałam tego nie gotowali, to się i nie nauczyłam. Ale krewetki marynowane w czosnku i pietruszce z grilla czy wielowarstwowe wymyślne kawy – proszę bardzo.
  16. Ponieważ praca w gastronomii to ciągłe zmęczenie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne, przestałam o tym mówić, bo to dla mnie oczywiste. Ale strasznie się wkurzam, jeżeli ktoś to bagatelizuje. To, że po zakończonej zmianie nie narzekam i nie wyglądam jak koń po westernie nie znaczy, że można mi dołożyć obowiązków. Wtedy warczę, gryzę i kąsam. Oraz potrafię krzyczeć i kląć.

No to jak? Kto się nie boi zaprosić mnie na mielonego z buraczkami?

 

 

Written by Róża Wigeland