Gdybym miała odpowiedzieć krótko na pytanie, czym różni się depresja od żałoby, powiedziałabym: żałoba to ból, który ma kierunek, jest reakcją na stratę i procesem, który z czasem pozwala powrócić do życia; depresja to ból, który nie prowadzi nigdzie, a nie leczony prowadzi do samounicestwienia.
To zasadnicza różnica, którą zbyt często gubimy w naszej codzienności. Bo choć i w żałobie, i w depresji doświadczamy poczucia ciemności i beznadziei, to są to dwa zupełnie inne cienie. I tu, i tu obecny jest psychiczny ból, poczucie beznadziei, poczucie utraty i niechęć do podejmowania decyzji. Ale kto przeżył jedno i drugie, ten wie, że to są dwa zupełnie inne doświadczenia.
Depresja nigdy nie przychodzi nagle. Zwykle trwa już od jakiegoś czasu, czasem miesięcy, czasem lat.
I dopiero, gdy jest już bardzo źle, mogą zostać zauważone jej symptomy. Depresja przychodzi wtedy, gdy na coś się nie zgadzamy, ale trwamy w tej niezgodzie bardzo długo udając sami przez sobą, że wszystko jest w porządku, a tak naprawdę jest dla nas nieakceptowalne. Żałoba przychodzi wraz ze stratą i dopada znienacka. Powoduje ją śmierć kogoś bliskiego, rozwód, wypadek, katastrofa życiowa typu pożar domu lub nawet kłótnia, po której znika przyjaciel z naszego życia. Jest również trudna i bolesna, ale znając jej poszczególne etapy (zaprzeczenie, złość, targowanie się, przygnębienie i akceptacja), możemy ją w jakimś stopniu kontrolować i przeżyć. Depresja takich etapów nie ma. To równia pochyła. Stan, w którym może być tylko gorzej i gorzej, aż do ostatecznego końca. Nie jest reakcją na stratę, lecz stanem, który wysysa z człowieka wolę i chęć życia, gdy obiektywnie „nic złego się nie wydarzyło”. To mrok bez horyzontu, noc, która wmawia, że świt nigdy nie nadejdzie, a w słoneczny dzień osoba pozostająca w stanie depresji widzi czarne chmury na niebie wbrew temu, co widzi realnie. Depresja nie uczy, nie prowadzi, nie oczyszcza. Ona paraliżuje. Zabiera wolę decyzji. Odbiera nadzieję. Człowiek nawet nie myśli, że może być inaczej. Trafia do czarnego tunelu, w którym nie ma na końcu żadnego światełka.
Niebezpieczne jest utożsamianie żałoby z depresją. Bo człowiek w żałobie potrzebuje czasu i przestrzeni, by przejść przez ból i pozwolić się przemienić. Człowiek w depresji potrzebuje pomocy, żeby w ogóle uwierzyć, że przemiana jest możliwa. Nie mylmy więc tych doświadczeń. Bo jedno mówi: „straciłem, ale mogę jeszcze żyć”, a drugie: „żyję, ale jakby wszystko już było stracone”.
Jeden i drugi stan jest przykry i jest cierpieniem, ale nie usprawiedliwia człowieka, który będąc w jednym lub drugim stanie uczuć i emocji rani innych, używając swojej żałoby lub choroby jako tarczy. Smutek, lęk czy bezsilność nie dają prawa do krzywdzenia bliskich, do manipulowania ich uczuciami, do zasłaniania się swoim bólem po to, by usprawiedliwiać własne podłości. Nie wystarczy powiedzieć: „jestem w terapii, nie jestem teraz sobą” i walić w ludzi słowami jak sztyletami.
Mogę zrozumieć, że cierpiący człowiek bywa rozdrażniony, agresywny czy zamknięty w sobie na trzy spusty. Ale używanie własnego bólu jako narzędzia do ranienia innych to manipulacja w jej podręcznikowym wydaniu. Ani depresja, ani żałoba nie są przepustkami do okrucieństwa. Myślę, że taki człowiek był zły przed depresją czy żałobą, a te stany tylko ewentualnie mogły obnażyć jego prawdziwa twarz.
Zbyt często ostatnio, zwłaszcza w mediach społecznościowych, ale też w realnym życiu wokół siebie trafiam na wypowiedzi, w których ludzie wypowiadając się, wycierają sobie gęby depresją lub żałobą. Depresję się leczy, żałobę się przechodzi. To nie są przepustki do łamania prawa i nieetycznego postepowania. Ludzcy ludzie tak nie postępują. Ból, w jakimkolwiek stanie emocjonalnym nie może usprawiedliwiać podłości. A ten, kto go używa jako broni, staje się katem, nie ofiarą.
Ból nie unieważnia moralności. Ból nie daje licencji na zło. Ból to nie alibi.