Po siedmiu miesiącach poruszania się na trasie dom – praca – sklep spożywczy – plaża – klify obudziło się we mnie silne pragnienie zmiany. W świecie przed pandemią zawsze miałam wszystko zaplanowane z dużym wyprzedzeniem i punkt po punkcie realizowałam. Panowałam nad tym, zawsze pod kontrolą, nawet emocje. Teraz chciałam zrobić coś  odwrotnego. Pozwolić sobie na spontaniczność inną niż wyjście na zakupy bez listy zapisanych sprawunków. Wrócić tam, gdzie zaczynałam uczyć się nie bać, chodzić z podniesioną głową i oddychać pełną piersią. Lubię wracać tam, gdzie byłam już, by zobaczyć miejsce i poczuć jego klimat nie tylko poprzez zmysły, ale przede wszystkim poprzez przeżycia i doświadczenia, kiedy mnie już w tym miejscu nie było.

Telefon do przyjaciółki, dwa pociągi i wysiadam na King’s Cross w Londynie. Po drodze doświadczam skutków pandemii korona wirusa. Zaczęło się już przy biletach. Podczas rezerwacji biletów na stronach internetowych przewoźników TransPennine Express i Lner Azuma, wywala mnie ze stron i nie wiem, dlaczego. Idę więc na dworzec i tam dopiero przy pomocy miłej kobiety z obsługi i mojej córki udaje mi się nabyć kilka kartoników uprawniających mnie do przemieszczania się. Pani z obsługi też nie idzie łatwo, ale słuchając jej tłumaczenia się, dlaczego to tak długo trwa, domyśliłam się, skąd były moje problemy przy próbach zakupu internetowego. Teraz na obszarze przeznaczonym dla czterech osób wokół stolika może siedzieć tylko jedna w ściśle oznaczonym miejscu, a system pokazuje wszystkie wolne miejsca i rezerwacja to gra w chybił-trafił. Na dworcu i w pociągu obowiązuje bezwzględny nakaz noszenia maski zakrywającej usta i nos. No i wszędzie należy zachowywać dwumetrową odległość od najbliższego człowieka poruszając się ściśle z kierunkiem strzałek na ścianach, kółek z symbolem stóp na podłogach i peronach i rozciągniętych taśm wyznaczających drogi przemieszczania się. Do tej pory doświadczyłam tego tylko w sklepach. Spacerując po pustych plażach i klifach czułam się wolna od pandemii. W pociągu i na dworcach doświadczam samopoczucia laboratoryjnego szczura, zwłaszcza jak koronawirusowym strażnikom myli się napominanie ludzi i ustawianie ludzi w kolejkach z byciem kapo. Niektórym brakuje tylko bata do smagania, bo siłę i ton głosu już nabyli odpowiedni. Komfortem jest brak tłoku, czystość, spokój i brak gwaru rozmów. Tylko komunikatów w pociągach przybyło, bo trzeba jeszcze ludzi napominać dodatkowo o zachowywaniu odstępów, myciu i dezynfekcji rąk i maskach na twarzach. Znane mi „mind the gup” i „see it, say it, sorted” w tym natłoku nakazów i zakazów brzmi jak dobra stara melodia.

Londyn wita mnie słońcem i ciepłem, a ja przypominam sobie, jak tęskniłam w lecie do natury, pobytu nad morzem czy jeziorem, bo ciężko było oddychać londyńskim powietrzem w lecie. Teraz aż się ekscytuję śmierdzącym spalinami i gorącem, od którego można zdechnąć w położonych głęboko pod powierzchnią ziemi tunelach. Dziwne uczucie ogarnia mnie, gdy widzę tylko gdzieniegdzie kilka osób. Zwykle korytarzami przemieszczały się tłumy i musiałam mieć wyostrzoną uwagę, dokąd chcę iść, w który korytarz skręcić i uważać na innych pasażerów, by nie wejść innym pod nogi czy nie wpaść na czyjeś walizki. Teraz wygląda to jak na apokaliptycznych filmach. Wzdłuż ruchomych schodów można było z reklam dowiedzieć się o wystawianych sztukach teatralnych na West End, premierach nowych książek czy obniżkach cen biletów linii lotniczych. Teraz jeżeli coś jeszcze zostało z kulturalnego Londynu, to jest już przeterminowane. Dominują komunikaty o zachowaniu odległości między ludźmi i myciu rąk. Życie towarzysko-kulturalne przestało istnieć.

Jedna z moich ulubionych dzielnic Londynu – Chiswick jest skąpana w słońcu i zieleni. Pachnie świeżo upieczonym pieczywem, kawą i dobrym, niespiesznym życiem. Mijam jak zawsze stragany z oszałamiająco pachnącymi kwiatami i drugie z pięknie ułożonymi owocami. Pomału otwierają się butiki, w których pachnie perfumami, drewnem i papierem. Kafejki przygotowują się na przyjmowanie gości. Nie mogę ominąć ulubionego Olivier Bonas, z którego zawsze wyjdę z kilkoma drobiazgami do domu czy dla siebie.

Smucą mnie zakurzone szyby w zamkniętej patisserie Le Pain Quotidien, ale cieszę się niezmiernie, że na zakończenie buszowania po pięknych sklepach zjem późne śniadanie w kawiarni u Nikki. Tu nic się prawie nie zmieniło. Tylko stanowisko dla ludzi biorących na wynos świeże croissanty i inne wypieki do kawy i herbaty usytuowano w witrynie, by klienci niepotrzebnie nie wchodzili do środka. Zachowanie dystansu społecznego stało się nową religią. Wnętrze kawiarni pozostało niezmienione, smak śniadania jest wyborny, sącząca się muzyka i widok starszego pana czytającego papierową gazetę przy kawie mówi mi, że ta normalność sprzed jednak jest i ma się dobrze.

Dopijam espresso i zastanawiam się, w które znajome rejony Londynu pojechać i w jaką atmosferę się zanurzyć. Pierwsze co mi się nasuwa, to Borough Market – mekka smaku i zapachu, niepowtarzalna atmosfera jednego z najstarszych targów żywności w Europie. Tłumy są tu weekendy, początek tygodnia jest dużo spokojniejszy, połowa targowisk zamknięta. Ale przynajmniej mogę zrobić kilka zdjęć, by móc powrócić tu we wspomnieniach.

 

Z Borough Market mam blisko do Tate Modern – mojej ulubionej, ukochanej galerii sztuki współczesnej i największej, jaką do tej pory miałam przyjemność zwiedzić. Miejsce, do którego mogę się wczołgać w totalnej depresji, a wychodzę ze skrzydłami u ramion i stóp. Aplikacja w telefonie co prawda, pokazuje mi, że Tate Modern zamknięta, ale nie dowierzam, muszę się sama przekonać. Niestety, mogę tylko pospacerować wokół i poczytać jakie skarby kryje w środku, co mnie ominęło i czego już nie zobaczę. Obiecuję sobie, że wrócę tu jak tylko będzie można wejść do środka i spędzę w niej przynajmniej dwa dni – nie ma dla mnie lepszego zastrzyku inspiracji, relaksu i motywacji.

Idę dalej brzegiem Tamizy szlakiem The Queen’s Walk. Po drodze kolejna galeria sztuki i znów mogę tylko popatrzeć z zewnątrz i potęsknić. Zaskakuje mnie tylko ten szklany wieżowiec. Nie pamiętam go z poprzednich spacerów. Albo mi umknął, albo zapomniałam o nim albo niedawno go zbudowano. Sprawdzam. Rzeczywiście. To nowo zbudowany apartamentowiec. Ostatni raz byłam tu dwa lata temu. Obiecuję sobie sprawdzić zdjęcia z poprzednich pobytów, jak wyglądał w budowie i czy w ogóle gdzieś go uchwyciłam.

Jestem zmęczona i chce mi się pić, więc szukam jakiejś kawiarenki, gdzie mogę odpocząć. Przed pandemią życie gastronomiczne tutaj tętniło, teraz nie wszystko jest czynne. „Moja” Nero niedaleko OXO zamknięta. Nie chcę siedzieć w tłumnie obleganych restauracjach przy National Theatre z eleganckimi kelnerami, czekać na podanie menu i przyniesienie mojego zamówienia. Kiedyś uwielbiałam takie miejsca, teraz wolę prostsze, z samoobsługą lub częściową obsługą przez personel. Jem pyszne lody z uroczego busika, z torby wyjmuję wodę. Ławka nad Tamizą w cieniu drzewa i nieczynnego London Eye musi wystarczyć. Widzę też częściowo wyjawiającą się spod rusztowań wieżę z Big Benem w Pałacu Westminsterskim. Przynajmniej zegar już widać. Na drugim brzegu Tamizy trwa jakiś protest autokarów. Jeżdżą tam i z powrotem i przeraźliwie trąbią. Hałas skutecznie przeszkadza mi delektować się widokami, więc szybko udaje się do najbliższej stacji metra i uciekam do Hyde Parku.

I tu dopiero wracają wrażenia i wspomnienia z przeraźliwą mocą. Aż lecą łzy. Szybko wkładam więc okulary przeciwsłoneczne, żeby nie narazić się na pytania czy współczujące spojrzenia. Nad tą samą wodą Serpentine w tej samej kawiarni siedziałam kilka lat temu. Piłam kawę, patrzyłam na taflę wody i nie potrafiłam wyobrazić sobie swojej przyszłości. Pakując się w dwie walizki i kupując bilet w jedną stronę zresetowałam się do zera w wieku czterdziestu sześciu lat. Chciałam, żeby mentalnie zgadzało mi się miejsce pobytu z tym, kim jestem, co czuję i według jakich wartości żyję. Kiedy tu wylądowałam, byłam białą kartką. Nie miałam życiorysu, wykształcenie mogłam sobie włożyć między bajki, a całą wiedzę o świecie i ludziach żyjących w innych krajach, którą wchłonęłam w siebie z polskich mediów wyrzuciłam do kosza. I zaczęłam budować swoją tożsamość i rzeczywistość od zera. Dokonałam tego i jestem z siebie dumna.

Powspominałam i odpoczęłam, wytarłam łzy. Przechadzam się jeszcze po Hyde Parku i Green Parku obok Pałacu Buckingham. Przed Pałacem niewielu turystów, w parkach zdecydowanie więcej. Gdzieś przecież trzeba odpocząć i oprzeć oczy na kawałku zieleni. Wyciągnąć się na pasiastym leżaku.

Jadę znów londyńskim metrem, tym razem do zespołu bardzo nowoczesnych biurowców Chiswick Bussines Park, bo moja przyjaciółka kończy pracę. Zbliża się pora na kolację i pogaduchy do późna. Wszystko jest tu zaprojektowane z dbałością o każdy detal. Sadzawka z małymi wodospadami, pływające kaczki, roślinność i kwiaty. Wyciągam się na ciemnozielonym drewnianym leżaku stojącym pod drzewami na idealnie przystrzyżonej trawie. Panuje niesamowity spokój i cisza, w którą wkrada się jednostajny szum wielkiego miasta, ale ja wiem, że za tymi oknami pracuje się przy biurkach i komputerach na najwyższych obrotach. Nawet przez chwilę wyobrażam sobie, jakby to było, gdybym przychodziła do pracy do lśniących stalą i szkłem biurowców. Ale szybko mi przechodzi. Nie zamienię swoich klifów i morza na futurystyczne miasteczko. Wiem, że za biurkiem umieram. Moją uwagę przyciągają szklane kule. To małe biura. W środku są stoły i siedzenia. Gdy w open space lub recepcjach biurowców warunki nie sprzyjają negocjacjom, opracowywaniu planów czy zdawania raportów z nowych projektów, ewentualnie omawiane sprawy wymagają poufności, pracownicy mogą wyjść i pracować w takiej szklanej kuli.


Pozostały czas podczas pobytu wolałabym spędzić w galeriach sztuki. Mam jeszcze kilka na liście, w których nie byłam. Sprawdzam – wszystkie zamknięte. Trafiam na artykuł, w którym jest napisane, ze przewidywany czas otwarcia to dopiero 2021 rok. Odwiedzę więc kilka sklepów. Jadę do miejsca, w którym są prawie wszystkie ulubione marki. To londyński dworzec St. Pancras. Cały czas szukam zegara ściennego do kuchni w domu, który odda atmosferę dworca ponieważ czuję się na nim jak w nierzeczywistym świecie, w którym nie ma żadnych ograniczeń i można wszystkiego dokonać. Nie wiem, dlaczego. Tak po prostu czuję. Kiedy wysiadam na jednym z czterech peronów położonych najwyżej wita mnie zegar i różowy napis.

Plecy same mi się prostują, nabieram powietrza pełną piersią i nie mogę się nie uśmiechnąć. Dzisiaj wchodzę od innej strony i kieruję się od razu do sklepów. Nie wszystkie są otwarte. Pianina na których zwykle pięknie grają utalentowani muzycznie pasażerowie zamknięte na kłódki.

Druga moja ulubiona kawiarnia w Londynie, sieciowy Paul, sprzedaje tylko na wynos. Pandemia zbiera swoje żniwo nie tylko w ludziach. Kupuje więc pyszną kawę i kilka ulubionych małych pączusiów, siadam na jednej z ławek obok starszego pana pilnując, by zachować przepisową odległość. Do jedzenia i picia muszę zdjąć maskę.

Ale już do ubikacji bez maski nie mogę wejść, to samo we wszystkich butikach. Wszędzie stoją pracownicy i napominają, przypominają, pilnują. Psują musztrowaniem atmosferę pachnących luksusem miejsc. Nie odmawiam sobie zakupów. Za zakupy płacę również przesuszoną skórą na dłoniach, bo przy każdym wejściu do sklepu muszę je zdezynfekować pod czujnym okiem osób z obsługi.

Zbliża się pora powrotu, wsiadam do pociągu. I doświadczam po raz kolejny zachwytu, w jakich warunkach można podróżować – czyściutko, pachnąco, z bardzo uprzejmym personelem. A tak obszernych toalet, gdzie wszystko działa na przyciski lub detektory ruchu łącznie z zamykaniem za sobą drzwi, jeszcze nie spotkałam. Lner Azuma naprawdę się stara.

Pojechałam do Londynu, by zobaczyć siebie z innej perspektywy. Przyjrzeć się z boku. Przewietrzyć głowę. Zacząć znowu pisać, bo utknęłam po zaplątaniu się we własne myśli. Odpocząć od codzienności by móc na nowo przetwarzać rzeczywistość. Zobaczyć innych ludzi. Przyjrzeć się życiu w Londynie po zamknięciu korona wirusowym. Pooddychać energią wielkiego miasta. Zapamiętać chwile z lata 2020, by postrzeganie rzeczywistości nabrało momentów przed i po. Wyjść poza pięć głównych zmysłów. Zadecydować, czy chcę przerwać czy kontynuować to, co robiłam do tej pory.

By znów móc kreatywnie żyć.

Written by Róża Wigeland