W życiu stała jest tylko zmiana

To się zaczęło we wrześniu ubiegłego roku. Byłam na urlopie nad polskim morzem. I tam, spacerując, patrząc na fale i słuchając krzyku mew poczułam, że coś jest nie tak, jak być powinno. Zaczęło mi coś uwierać i przeszkadzać. Nie czułam już, że jest mi dobrze. Zaczęło być może nie źle, ale jakoś tak niekomfortowo. Zbyt ciężko.

To tam wtedy poczułam, że pora na zmianę. Aby dowiedzieć się, w jakim miejscu swojego życia jestem i dokąd chcę dojść musiałam na chwilę zapomnieć kim kazano mi być. Kim kazano mi być w pracy, bo to w związku z nią poczułam się gorzej.

Już mi nie odpowiadały moje dni i godziny zmian. Poczułam się przeciążona, zbyt zmęczona. Miałam na swoich barkach za wiele obowiązków i zdecydowanie za mało czasu na ich wykonanie. Już nie wystarczało robienie kilku rzeczy naraz i myślenie o następnych kilku czynnościach naprzód. Zauważyłam, że gdy idę na przerwę, moje zadania przejmują dwie, a nawet trzy osoby. Czułam, że coś jest mocno nie halo i żadne motywacyjne mowy menadżerów o zwiększaniu wysiłku dla dobra korporacji nie tylko nie dają nawet bardzo krótkotrwałego efektu (nigdy w to zresztą nie wierzyłam), ale zaczęły mocno mnie irytować. Bo mnie wmawia się banialuki i dokłada zajęć i odpowiedzialności, a wiele osób i tak ma swoje obowiązki tam, gdzie słońce nie dochodzi. Chociaż jak patrzyłam na niektóre służbowe ubranka koleżanek, to jednak dochodziło.

Próbowałam to jakoś zmienić. Najpierw były rozmowy i zmiana grafiku. Ale szybko okazało się, że zmiany są dla mnie niekorzystne. Mogę dostać tylko mniej godzin w pracy, co wiązało się z mniejszymi wpływami na konto. Nie o to mi chodziło. Chciałam mieć mniej cięższych zmian. Do tej pory miałam cztery popołudnia i wieczory ciężkie i jeden dzień lżejszy. A chciałam trzy ciężkie i dwa lżejsze. I okazało się, że ja po prostu jestem absolutnie niezbędna i niezastąpiona na ciężkich zmianach weekendowych i wtedy, kiedy mamy duże rezerwacje! Manager po prostu nie wyobrażał sobie, że mnie wtedy nie ma. Do lżejszej pracy predyspozycje mieli inni. Ja przez trzy lata harówki nie zasłużyłam sobie na to. – Nie kupuję tego – pomyślałam.

Zaczęłam się źle czuć. Do moich drzwi zapukało poczucie krzywdy, wykorzystanie, manipulacja. Rozgościł się smutek, pojawiła się złość na rzeczywistość. A gdy zaczyna mi być gorzej, to wiem, że muszę to zmienić. Bo nie żyję po to, by mieć źle w życiu. Ja chcę mieć dobrze. Bo gdy nie czuję satysfakcji i zadowolenia z pracy, gdy nabieram przekonania, że to ja jestem dla pracy, a nie praca dla mnie, to znaczy, że najwyższy czas na zmianę. Na brak zmiany mnie po prostu już nie stać. Nie mogę sobie pozwolić na permanentne zmęczenie, złość na zaistniałą sytuację i brak zadowolenia. Bo praca to jedna z trzech płaszczyzn życia tak bardzo rzutująca na pozostałe.

Wróciłam z urlopu i zaczęłam się rozglądać za innym lokalem niedaleko miejsca, w którym mieszkam. I im dłużej się rozglądałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że taka zmiana niewiele poprawi moją jakość życia. Wszędzie było mniej więcej to samo – sieciówki ze swoją polityką firm prawie identyczną jak u mnie. Zmieni się tylko nazwa i współpracownicy. Reszta zostanie taka sama.

I wtedy zadzwoniła koleżanka z byłej pracy mojego RR.

 

 

Written by Róża Wigeland