Muzułmanki. To nie tak jak myślisz

O życiu kobiet z islamskich krajów dowiadywałam się do tej pory z książek, artykułów, kilku filmów fabularnych, kilku reportaży. Z tych wszystkich przekazów wyłaniały się kobiety, które za nieprzestrzeganie ustanowionych dla nich reguł i zasad są bite, ukamieniowywane czy oblewane kwasem. Kobiety, które o niczym same nie stanowią, są chodzącymi inkubatorami. Bezwolne, o wypranych mózgach, zastraszone, zniewolone, będące własnością swoich ojców, mężów i braci.

Kwiecień 2012. Czekam na windę w szpitalu uniwersyteckim w Łodzi. Za mną ustawia się około dziesięcioosobowa grupa młodzieży różnej narodowości. Z czegoś się śmieją, o czymś dyskutują po angielsku. Przyglądam się im z zaciekawieniem. Jest wśród nich jeden czarny chłopak i jeden skośnooki. Zauważam też dwie dziewczyny, które pomimo bardzo ciepłego dnia mają na głowie zamotane jakieś chusty. Poza tymi chustami zwykłe dżinsy, bluzy, adidasy, plecaki. Kiedy jestem już u córki na oddziale, opowiadam  jej o swoich egzotycznych współpasażerach z windy. Córka wie doskonale o kogo chodzi. To studenci medycyny, którzy towarzyszą pani profesor podczas obchodu, badają i oglądają objawy choroby. A te dziewczyny w chustach to muzułmanki z jakiegoś islamskiego kraju. Zastanawiałam się wtedy, widząc je za każdym razem na oddziale, czy muszą w Polsce nosić te hidżazy, czy ktoś im każe? Nie wyglądały na jakieś zastraszone – ot, zwykłe młode dziewczyny. A właściwie nie, nie takie zwykłe. Biła od nich jakaś… duma.

Mieszkając w Wielkiej Brytanii widzę muzułmańskie kobiety i obcuję z nimi  na co dzień. Mijam je na ulicach i w parkach. Robimy zakupy w tych samych sklepach, chodzimy do tych samych lekarzy, stoimy w tej samej kolejce na poczcie, uczestniczymy w tych samych spotkaniach kwalifikacyjnych o pracę. I wszystko to, co wiedziałam o nich do tej pory, co kiedyś przeczytałam, wysłuchałam czy dostarczyły mi media wyrzuciłam do kosza. Bo to, co wiedziałam i to czego teraz doświadczam to dwa różne światy. Łapię się na tym, że bardzo często schodzę im z drogi, ustępuję wszędzie miejsca. Bo chcę być grzeczna – tak myślałam. Ale w pewnym momencie coś mnie zastanowiło. Nie robiłam tego tak często w stosunku do Angielek, Hindusek czy Koreanek. Po bliższemu przyjrzeniu się swojemu zachowaniu dochodzę do wniosku, że jestem uprzejma, bo one w specyficzny sposób wymuszają to na mnie. Idą ulicą, jakby były rządzącymi tym miastem, poruszają się w sklepie, jakby były co najmniej jego właścicielkami, a już na pewno jedynymi klientkami,  upominają się wszędzie o wszystko, jakby im się to wszystko należało z racji tylko tego, że żyją na świecie. W tym domaganiu się nie ma ani odrobiny strachu, za to jest buta, wymagania i roszczenia. Kiedy ktoś stawia im opór, bo np. ich żądanie zwrotu pieniędzy za wykonaną usługę czy zjedzony i dopiero później zareklamowany obiad (bo był niesmaczny czy podany nie w tym momencie, w którym one rzekomo chciały) naraża się na awanturę, szantaż w postaci groźby napisania skargi do przełożonych i słów o dyskryminacji rasowej. Czy tak się zachowują kobiety zastraszane?

Październik 2014. Zaraz po wylądowaniu na angielskiej ziemi mam rozmowę kwalifikacyjną o pracę w pewnej restauracji, która mieści się na terenie szpitala. Po przyjściu na umówione spotkanie okazuje się, że to szpitalna stołówka, bufet i kawiarnia w jednym. Po wstępnej rozmowie całej naszej grupie rozdano testy sprawdzające poziom języka angielskiego, procedur szpitalnych i orientacji w szpitalnym terenie. Siedzę dość blisko muzułmanki, która zaczyna mnie szturchać i kopać pod stołem. Domaga się ode mnie pomocy. Orientuję się, że pomimo dobrego angielskiego w mowie, ona chyba nie umie pisać. Odmawiam podpowiedzi i pokazania, co napisałam. Zaczyna mnie ponaglać w bardziej natarczywy i głośniejszy sposób. Prowadząca egzamin cały czas patrzy w naszą stronę. Zaczynam się obawiać, że zaraz nas obie wyprosi. Pytam więc o możliwość pisania testu przy innym wolnym stoliku, z dala od tej kobiety. Test zaliczam, ona nie. Jej wzrok mówi, że chce mnie zabić. Długo dyskutuje z kobietą przeprowadzającą test, namawia ją, żeby jednak jej go zaliczyła. Z czegoś się tłumaczy. Nasza egzaminatorka jest jednak stanowcza, nie ulega ani przymilnej ani natarczywej perswazji muzułmanki.

Często słyszałam i czytałam o współczuciu, o stawaniu w ich obronie, o walce o ich prawa. Bo nam, Polkom czy innym Europejkom wydaje się, że one chciałyby żyć tak jak my. Myślę, że kluczowe jest tutaj „wydaje się”. Czy przypadkiem nie wpisujemy się w trend do uszczęśliwiania innych na siłę? Nie będę się wypowiadać na temat życia kobiet w Iranie, Afganistanie czy Arabii Saudyjskiej. Nie wiem jak jest w ich ojczyznach – nigdy tam nie byłam i raczej nie pojadę, bo nie jestem tych krajów ciekawa. Ale wiem, że będąc w jednym z krajów pierwszego świata mogą z jego dobrodziejstw i prawa korzystać do woli. Pracować, bawić się, uczyć. Widzę muzułmanki na co dzień – na stanowiskach, jeżdżące samochodami, kupujące kosmetyki i ubrania w luksusowych sklepach, trzymające w wypielęgnowanych dłoniach smartfony, owinięte w dżilbaby i hidżazy.

I sobie myślę: potrafiłyście odnaleźć się w obcym dla siebie kraju, w tak odmiennej kulturze, skończyć tutaj szkołę, zdobyć prawo jazdy, nauczyć się wszelakich nowinek technicznych, umiecie korzystać z całej infrastruktury, jaką daje Londyn, potraficie z wielką stanowczością i zaciekłością walczyć o miejsce pracy, reklamację w sklepie czy miejsce w autobusie, a nie potraficie zdjąć z siebie tych szmat i wyzwolić się spod męskiego panowania? Coś mi tu nie pasuje…

Maj 2015. Przechodzę ulicę na zielonym świetle. Z przeciwnej strony idzie drobna muzułmanka w charakterystycznym dla siebie stroju. Jest w zaawansowanej ciąży. Jedną ręką prowadzi wózek z około rocznym dzieckiem. Trzymając się poręczy wózka drepcze malutka dziewczynka. Na drugiej ręce niesie chłopca, co najmniej siedmio-ośmioletniego. Mijając ich na przejściu zauważam kątem oka, że chłopiec z wysokości matczynych rąk patrzy na mijających ludzi z pogardą. 

 

Kiedy to sobie wszystko uświadomiłam, przestałam być taka bardzo uprzejma. Kiedy stoję przy wieszaku czy półce w sklepie i coś oglądam, nie odsuwam się tylko dlatego, że tą samą drogą chce przejść ubrana w swoje szaty i zwoje inna kobieta, nawet z wózkiem i dziećmi. No, chyba że powie „przepraszam”. Patrząc jej w tym momencie w oczy widzę zaskoczenie i zdumienie, że śmiem nie ustąpić na sam tylko jej widok. Że musi poprosić.

Zanim ktoś zacznie ich żarliwie bronić, wkładać im w usta własne wyobrażenie o świecie i życiu w nim, niech sam siebie zapyta: czy aby na pewno wie, co chce powiedzieć. I nie stawajcie w ich obronie, bo one w waszej na pewno nie staną.
Written by Róża Wigeland