Martwi za życia

Niektórzy przychodzą codziennie, niektórzy tylko w weekendy. Siadają przy tych samych stolikach lub stoją w tych samych miejscach. Ich ciała pozbawione kontaktu ze słońcem, wodą i powietrzem przypominają fakturę gleby. Nie pomogą podkłady i fluidy naniesione grubą warstwą. Oświetlenie o barwie biało-niebieskiej z ich smartfonów  tylko tę ziemistość pogłębia. Jakby pomału przyzwyczajali się do ziemi, w której niedługo zostaną złożeni o ile nie zatrzymają się w swojej destrukcji.

Wyrywam ich z innego świata pytaniem, czy przyniesione przeze mnie dania lub drinki na pewno zostały przez nich zamówione. Próbują sobie przypomnieć patrząc na mnie pustym wzrokiem ostatnie sekwencje ze swojego istnienia, by potwierdzić lub zaprzeczyć.

Świat na zewnątrz jest piękny. Ale żeby go zobaczyć, należałoby opuścić mury mrocznego pubu, dającego ułudę życia i bliskości innych ludzi. Bliskość jest, ale tylko z alkoholem. Zobaczyć, jak świeci słońce. Usłyszeć jak szumią drzewa. Poczuć jak pachną mokre ulice o poranku. Skierować swoje kroki po pracy do parku, na pobliski skwerek czy wyjechać kawałek za miasto. Ugotować sobie zupę ze świeżych warzyw, by zastąpić burgery i frytki. Wyjąć słuchawki z uszu i spotkać się z sobą. Posłuchać, co ma do powiedzenia ciało, o czym myśli głowa, co chciałyby robić dłonie.

Po co się tak ogłuszają? Co aż tak tragicznego zdarzyło się w ciągu tych kilku lat ich dorosłości, żeby musieli wymazywać to co weekend? Zapełniają likwidowane życiowe obrazy kolejnymi gwałtownymi miłościami, które wybuchają wokół nich. Tak, wybuchają. Bo są szalone i niszczycielskie, łatwo przechodzące w zazdrość, niechęć i nienawiść. Najpierw prawie się pożerają w pocałunkach i uściskach, by na zakończenie wieczoru zlać się w jedno ciało w zwierzęcej prokreacji. I to wszystko z potrzeby bliskości zastąpionej komunikatorami w mediach społecznościowych. Smartfonów i tak nie wypuszczają z dłoni ani na chwilę.

Chcą znaleźć tę jedyną czy tego jedynego na resztę życia wzrokiem zmąconym alkoholem i narkotykami. Poprzez zalany truciznami wzrok można co najwyżej zobaczyć własne wyobrażenie o kimś, a nie realnego człowieka.

Przed każdym weekendem kiełkuje nadzieja, pogrzebana w niedzielę pod zwałami kaca i zejścia. W weekendowych spotkaniach przy piwie i drinkach więcej gry i pozoru niż rzeczywistego zaangażowania. Pokazują kult zdrowego odżywiania studiując menu dla bezglutenowców i kult ciała rozebranego do granic przyzwoitości. Kult sukcesu i pieniędzy wykrzykują w hasłach  korporacyjnej nowomowy. Źle pojęta poprawność zabiła tematy na temat religii, wyznań, poglądów politycznych, wydarzeń na świecie. Zostały tylko do omówienia kwestie długości rzęs, wysokości obcasów i ostatnich trendów fryzur piłkarzy na boisku. Skupieni na sobie, na kontemplacji własnych gestów i wypowiadanych zdań. Każdy próbuje skupić na sobie uwagę wszystkich dookoła, a że robi tak każdy, nikt tej uwagi nie potrafi podzielić. Każdy chce, by cały kosmos całował ich w czoło. W nic i nikogo nie wierzą, ale chcieliby, by wszyscy uwierzyli w nich.

Choć z wyglądu przypominają ludzi, to prawie ma w nich człowieka. W swoim obsesyjnym pędzie do kontrolowania swojego życia wyniszczyli wszystko, co czyniło ich dobrymi i przyjaznymi. W ich świecie nie ma już moralności, litości czy współczucia. Jest tylko walka o przetrwanie z samym sobą.

 

Written by Róża Wigeland