Lato w Londynie

Obiecałam sobie na początku ubiegłego lata, że będę zapamiętywać przeżyte tutaj pory roku. Żeby życie nie umykało tylko na pracy i załatwianiu bieżących spraw. Tak po prostu – przeżywać świadomie życie: zauważać kolor drzew i trawy, kształt chmur, zapach i kolor powietrza (tak, tak! powietrze w różnych miejscach ma inny kolor), słyszeć krzyk mew.

 

I póki co, udaje mi się to robić. Nawet gdy zapędzę się w gonitwie własnych myśli i układaniu kolejnych planów działania i celów do osiągnięcia, po dniu, góra dwóch przychodzi opamiętanie. Zaraz, zaraz, myślę sobie, przecież miałam żyć, a nie tylko trwać przy życiu. Kiedy ogarnia mnie złość na zbyt powolnych współpracowników albo na siebie samą, że tyle miałam dzisiaj zrobić, a jest już późne popołudnie, a ja spędziłam czas na kawkach, rozmowach i czytaniu książki stwierdzam: i co z tego? Ludzi nie zmienię, mogę co najwyżej ich zaakceptować albo unikać, a czas spędzony na „nic nierobieniu” też jest mi potrzebny. Nie muszę każdej chwilki wykorzystywać na efektywne działanie. W końcu jestem w swojej strefie komfortu i nie zamierzam jej opuszczać. A im lepiej mi w życiu, tym jakoś mniej tematów do opisania. Nie mam się na co wkurzać, zarobionych pieniędzy na wszystko wystarcza, zdrowie dopisuje, spełniam swoje marzenia, bardzo rzadko mam jakiś problem do rozwiązania.

Nawlekam więc na nitkę dobrego życia kolejne angielskie lato. Trochę upałów i trochę deszczu. Trochę ciepła i wiatru. Polubiłam je. Chyba przyzwyczaiłam się już do tego klimatu i nic mi w nim nie przeszkadza. No, może poza tymi najgorętszymi dniami, kiedy powietrze prawie parzy przy oddychaniu.

Bo musicie wiedzieć, że gorące dni w Londynie są nieznośne. Nagrzane ulice i mury domów potęgują i tak już rozpalone powietrze. Spaliny samochodów i wszelakiej komunikacji miejskiej aż duszą swoją intensywnością, a wielokulturowy i wielojęzyczny zalew turystów z całego świata powoduje, że ciężko znaleźć skrawek miejsca na chodniku czy stolik w kawiarni. Wszędzie jest tłoczno i głośno. Wytchnieniem są tak liczne i ogromne parki. Tam życie zwalnia i powietrze robi się chłodniejsze. Można posiedzieć na leżaku lub poleżeć na pięknie utrzymanej trawie. Poczytać, nakarmić wiewiórki i spotkać się z samym sobą.

 

Najpiękniejsze są jednak zawsze wieczory. Ten moment, kiedy palą się już wszystkie latarnie i neony, ale niebo nie jest jeszcze zbyt ciemne. Ulicami nieśpiesznie przechadzają się ludzie, z otwartych lokali słychać muzykę i gwar rozmawiających gości, ale nie ma jeszcze tego charakterystycznego pijanego przekrzykiwania się. Powietrze jest cudownie chłodne, a lody smakują wybornie.

 

Written by Róża Wigeland