Dostałam to, po co wyciągnęłam rękę (6)

Wielkanocną niedzielę przetrwaliśmy na białym barszczu z kiełbasą i rozmyślaniu jak rozwiązać nasz łóżkowy problem. Nie, nie… To nie to co myślicie. My po prostu nie mieliśmy na czym spać. Pomysłów było kilka:

– Kupić materace i spać na podłodze – nie ma mowy, nie będę na starość narażała się na takie niewygody. Śpi się dobrze, ale wstawać z moim bolącym kręgosłupem?!
– Zamienić salon na sypialnię – ale my potrzebujemy dwóch sypialni, więc to rozwiązanie jest połowiczne. Poza tym przez salon przechodzi się do kuchni, wprowadzać gości trochę niezręcznie. W dodatku nowa kanapa do salonu już w drodze, a ona na pewno nie przejdzie przez nasze schody na górę. Ten pomysł też nie przeszedł dalej do realizacji.
– Kupić nowe łóżka na miejscu w sklepie sprawdzając w sklepie czy da się je rozkręcić. Chodziło nam cały czas o łóżka typu divan bed, takie obite miękkimi materiałami, bo po prostu takie lubię. Ale w takim stacjonarnym sklepie tylko wybieram, a dostawa jest po kilku dniach z fabryki i nie mam wpływu na to jak zostaną złożone, zapakowane i przysłane. A jak przyjadą znowu takie skrzynie i problem się powtórzy? O nie! Drugi raz chyba tego nie przeżyję.

I w końcu! Ikea! Przecież tam wszystko jest w elementach do samodzielnego skręcania. Niestety, muszę zrezygnować z ulubionego typu i kupić takie z ramą. Sprawdzam tylko czy najbliższy sklep jest czynny w wielkanocny poniedziałek. Mam do pracy na czternastą, zdążymy pojechać, wybrać i zamówić dostawę. Przedtem wybieramy wszystko czego potrzebujemy na stronie internetowej bardzo skrupulatnie sprawdzając wielkość każdej paczki i elementu.

Jedziemy, kupujemy przy okazji biurka, regały na książki i mnóstwo innych drobiazgów, zamawiamy transport. Wielkanocna zima trwa w najlepsze, śnieg sypie cały dzień. Potem mój pierwszy dzień pracy w nowym pubie. Na szczęście krótki. Niby ta sama firma, a wszystko jest inne. Nowi ludzie, kilkadziesiąt osób ze swoimi imionami i stanowiskami do zapamiętania. Nowe korytarze, przejścia i drzwi zamykane na sześciocyfrowe kody. Jeszcze więcej szyfrowanych drzwi niż w moim poprzednim pubie, w tamtym jakieś zwykłe klucze jeszcze były. Niby takie same menu, ale jednak trochę inne. Niektórych dań nie ma, za to są jakieś lokalne warianty. Potrafię się dopominać od kucharzy o coś, czego nie ma w karcie. Muszę się przyzwyczaić. Najgorsze jest rozmieszczenie na przeciwległych krańcach pubu zmywaków do talerzy i do szklanek. Posprzątanie stolika na raz jest praktycznie niemożliwe. Muszę nabiegać się dwa razy więcej. A tu nieprzebrane tłumy chcące jeść i pić… A ja myślałam, że w mniejszym mieście będzie lżej. O! ja naiwna!

We wtorek AnyVan zabiera łóżka, w środę przyjeżdżają te z Ikei, w czwartek mam na koncie zwrot pieniędzy. W piątek rano pukają do drzwi panowie jeszcze z innej firmy i to wszystko skręcają, ustawiają i zawieszają i mocują na ścianach wszystkie półki, uchwyty, wieszaczki, szafeczki i karnisze.

Mamy wszystko. Rzeczywistość została uładzona. Nastał czas wydeptywania nowych ścieżek, oswajania ulic i przyglądania się nowym twarzom. Pora na tworzenie swojego mikrokosmosu.

Kiedy każdy drobiazg znalazł swój kąt i miejsce, poczułam wszechogarniający mnie spokój. Pomyślałam, że mam zdrowe ręce i nogi. Mam pracę, mam co jeść i gdzie mieszkać. Mam bliskich, dla których jestem ważna i potrzebna. Kocham i jestem kochana. Żyję w jednym z najlepszych, najbogatszych krajów świata.

Czegóż chcieć więcej?

Kiedy myślę, że następny zakręt na mojej drodze już niebawem i znowu będę myśleć, podejmować decyzje, bać się i martwić, aż kulę się w sobie w obawie, że znowu nie przewidzę wszystkiego i nie ugaszę pożarów zanim one powstaną. Zgoda na niewygody, życie w toksycznych relacjach, praca w skonfliktowanej grupie ludzi wywołują we mnie sprzeciw. Szukam więc cierni, definiuję je i bezlitośnie usuwam. Ekstrakcja boli i krwawi – to fakt. Ale później jestem w niebie. I kiedy słyszę od trenerów życia, że trzeba wychodzić ze swojej strefy komfortu, to myślę: walcie się! Bo ja chcę nieustannie strefy komfortu doświadczać.  Ale jak to mówią: Si vis pacem, para bellum – jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny.

 

 

Written by Róża Wigeland