Zjedzmy coś po koreańsku

Pewnie bym sama nie weszła do tej restauracji, gdyby nie pasja mojej córki do poznawania kultury Dalekiego Wschodu. Little Korea w londyńskim Chinatown jest jednym z ogromnej liczby lokali na tak małej przestrzeni, w dodatku nie wyróżniającym się z zewnątrz niczym szczególnym. Można tu znaleźć dużo bardziej efektowne knajpki. Jednak to w typowo koreańskiej restauracji postanowiłyśmy zjeść lunch.

Wystrój jest w niej bardzo ascetyczny. Zaledwie kilka ozdobnych akcentów. Nie ma tutaj żadnego koloru oprócz kilku odcieni brązu, prostych stołów i krzeseł. W restauracji pomimo środka dnia panuje lekki półmrok z rzadka rozproszony jakąś małą lampką. W miarę widno jest tylko przy dużym witrynowym oknie wychodzącym na jedną z uliczek Chinatown. I przy tym oknie po sympatycznym powitaniu z szerokim uśmiechem sadza nas przemiła kobieta o azjatyckiej urodzie.

Przy złożeniu zamówienia zdaję się na córkę i jej znajomość koreańskiej kuchni. Nie za bardzo się znam na tej egzotyce, ale chętnie spróbuję jakichś nieznanych smaków. Zamawiamy przystawki i wieprzowinę. Przede wszystkim jestem ciekawa koreańskiej kiszonej kapusty pekińskiej – kimchi.

Dostajemy malutkie srebrne talerzyki, ze sztućców łyżkę i metalowe pałeczki. Po raz pierwszy nie poprosiłam o widelec. Niech będzie od początku do końca po koreańsku. Na stół wjeżdża wieprzowina, sałata, ryż. Patrzę na tą zastawę i zastanawiam się: jak ja mam to jeść? Bo przecież na pewno nie po europejsku!

Okazuje się, że trzeba położyć na dłoń liść sałaty, pałeczkami nałożyć na niego mięso, ryż i inne dodatki, a następnie zwinąć wszystko w kulkę i włożyć do ust. Sałata, kimchi i inne warzywa czy wodorosty wspaniale łagodzą pikantne mięso. Wszystko razem smakuje wybornie. Za pierwszym razem biorę cały liść sałaty i po nafaszerowaniu go nie mogę zmieścić w ustach, a gryźć po kawałku nie za bardzo się da, bo zawiniątko się rozlatuje. Później robię kęsy tylko z kawałka liścia i już jest mi lepiej je jeść w całości. O dziwo – operowanie pałeczkami też wychodzi mi nie najgorzej pod okiem dobrej nauczycielki. Udaje mi się nie nabrudzić na stole, a jedzenie w inny sposób niż nożem i widelcem jest całkiem przyjemne.

Pani z obsługi jest cały czas bardzo miła, dyskretna i uprzejma. Pyta nas w czasie posiłku czy wszystko nam smakuje i czegoś nie potrzebujemy, ale robi to w nienachalny sposób. Żegna nas tak samo miło jak przywitała.

Często wracam myślami do pobytu w tej restauracji i zastanawiam się, co sprawiło, że czułyśmy się tam tak dobrze. Smaczne jedzenie podane na prostej zastawie. Miła obsługa, która zbytnio nie nadskakuje, ale też i nie zostawia nas samych sobie. Skromniutki wystrój dość ciemnej sali restauracyjnej nie działa przygnębiająco jak się spodziewałam po wejściu, a raczej uspokaja i wycisza. Dyskretnie sącząca się muzyka nie przeszkadza w rozmowie. Nic mnie tu nie rozprasza, skupiam się tylko i wyłącznie na biesiadowaniu przy stole zastawionym smakołykami i rozmowie z kimś, z kim przyszłam.  W restauracji Little Korea czuje się, że najważniejsi są tutaj ludzie. Nie procedury i schematy dań, nie wystrój robiony pod zapotrzebowanie instagrama, nie marketing, który zaczyna się od słów: wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klienta, a tak naprawdę ma gdzieś moje oczekiwania, bo liczą się tylko zyski w tabelkach exela.

Czułyśmy się dla obsługi i ludzi, którzy przygotowali posiłek najważniejsze. Myślę, że inni goście obok nas czuli się tak samo – też czuli się najważniejsi. A to prawdziwa sztuka wytworzyć w restauracji taką atmosferę.

Chapeau bas!

 

 

 

Written by Róża Wigeland