Wybór pomiędzy dżumą i cholerą

Wracałam ze spaceru z psem do domu. Było zimno, mokro i już dawno zrobiło się ciemno, bo w północnej Anglii o tej porze roku w pełni rozwidnia się około trzynastej, a około piętnastej zaczyna się już ściemniać. W nadmorskiej miejscowości, pomiędzy opustoszałymi o tej porze roku domami gościnnymi i hotelami rzadko widać jakiegokolwiek przechodnia. Pomimo, że znam już kilka osób mieszkających w moim sąsiedztwie, rzadko je widuję. Pracujemy lub siedzimy w swoich domach, bo w czterostopniowej do niedawna skali zamknięcia kraju z powodu pandemii wprowadzono nam po świętach poziom gdzieś w okolicach pięć i pół. Co z tego, że mam internet i kilka komunikatorów. Spotkania w kawiarni przy ciastku i pachnącej kawie, patrzenia w twarz, odczytywania mowy ciała, słuchania głosu i wahań nastroju nie zastąpi bezduszny ekran, nawet jak filiżankę z parującym napojem postawię obok.

Kiedy więc zobaczyłam w świetle latarni idącą w moim kierunku koleżankę z byłej pracy, której nie widziałam od kilku miesięcy, miałam ochotę aż krzyknąć na powitanie.

Powiedziałyśmy sobie cześć i zupełnie bezwiednie, odruchowo uściskałyśmy się. Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że nie powinnam zbliżyć się do niej na krótszy dystans niż dwa metry, a już na pewno nie powinnam jej dotknąć i rozmawiać z nią bez maseczki na twarzy, czego dość rygorystycznie przestrzegam w pracy, komunikacji miejskiej czy sklepach.

Ale o ile dostosowywanie się do pandemicznych zasad wychodzi całkiem dobrze w stosunku do nieznajomych mi osób, przy spotkaniu dawno nie widzianej serdecznej mi kobiety zupełnie wyleciało mi z głowy. Uścisnęłam ją zupełnie bezwiednie, podświadomie. Bo tak robiłam przedtem.

Zostałam ograbiona z jakiejś cząstki mojego człowieczeństwa. Oszukano mnie. Zakazano spotkań z bliskimi, sprowadzono moje życie do dwóch wymiarów: praca i egzystencja. Kazano dostosować się do procedur, które nic nie dały. To jest ta pandemia czy jej nie ma? Bo skoro jest, to zamknijmy się rzeczywiście w domach, a pożywienie pod drzwi niech przywozi wojsko. A tu jedni jeżdżą do pracy, inni nie, jedni chodzą do szkoły, inni nie. Z objawami kaszlu zostaje się wyproszonym natychmiast ze sklepu, ale kiedy zgłaszam, że koleżanka z biurka obok kaszle i kicha nawet nie zakrywając nosa i ust, to dostaję odpowiedź, że to nic, bo nie ma gorączki. W czasie pierwszego lockdown Anglii przyjaciółka w Londynie nie chodziła do pracy w biurze, pracowała z domu, teraz pracuje w open space, bo firma nie może zapewnić odpowiednich zabezpieczeń systemowych na prywatnych komputerach. Od ponad roku nie mogę zdiagnozować u siebie pewnego schorzenia, bo mam utrudniony dostęp do lekarzy, a moja córka spotyka się ze swoimi specjalistami kilka razy w miesiącu (nie, żebym się skarżyła, stwierdzam fakt). Z koleżanką na kawie w domu czy kawiarni nie mogę się spotkać, ale pracować z nią ramię w ramię już tak.

Mam dość. Zawsze twierdziłam, że można robić wszystko, dopóki nie łamie się prawa i nie krzywdzi ludzi. Zmieniłam zdanie. Zaczynam robić to, co czasami zrobić po prostu trzeba i należy, na przykład okazać serce i serdeczność przytulając drugiego człowieka. Bo jak nie umrę na koronawirusa, to zabije mnie depresja i brak kontaktów międzyludzkich.

Written by Róża Wigeland