Witaj 2020!

Szampany wypite? Fajerwerki wystrzelone? Kac wyleczony? Ochota by „wziąć się za siebie” (cokolwiek to znaczy) nie przeszła od wczoraj? To do roboty!

Na początku trochę was zmartwię. Nie stałyście się inne niż byłyście wczoraj. Nie jesteście dzisiaj ładniejsze, bardziej pracowite czy mocniej zmotywowane. Jesteście takie same, zmieniła się tylko data w kalendarzu. Ale może być inaczej, jeżeli pomyślicie szerzej o swoich celach i zadaniach. Robię tak od jakiegoś czasu i zauważyłam, że daje to dobre efekty. Może skorzystacie z moich doświadczeń.

Najpierw wszystko zapisuję. Potem zastanawiam się co ma mi przynieść realizacja celu. Pieniądze? Satysfakcję? Spełnienie marzenia? Nabycie nowej umiejętności? Do czego mi to potrzebne i jak wpłynie na poprawę jakości mojego życia? Kiedy myślę „moje życie” mam na myśli również moich bliskich. Następnie wkładam swój plan w ramy czasowe. Na tym etapie potrzebny jest roczny kalendarz. Nie robię tego sztywno, ale mniej więcej określam, do kiedy zadania składające się na realizację celu muszą być skończone, by można było przejść do następnego etapu lub zabrać się za realizację kolejnego. Najlepiej robić to od końca. Jeżeli coś ma być skończone do października to jakie poszczególne etapy powinny być zakończone w sierpniu, czerwcu czy kwietniu.

Obliczam, ile to będzie kosztowało i skąd wezmę na to środki. Co z tego, że zapiszę sobie wycieczkę czy remont, jak nie zaplanuję tego od strony finansowej. Marzenia i chęci nie kosztują, ich realizacja już tak. Zauważyłam, że często nie panuję nad czasem i realizacja trwa dłużej, niż początkowo zakładałam. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że zwykle nie planuję chorób i migren. Te ostatnie zabierają mi wiele dni, które chciałabym przeznaczyć na o wiele ciekawsze zajęcia niż umieranie z bólu. Ale jedno wiem na pewno, jeżeli cel zapisałam, to go zrealizuję. Chyba, że świadomie z niego rezygnuję i go skreślam.

To nie wszystko, jeżeli chodzi o planowanie, bo jest jeszcze coś bardzo ważnego, o czym na tym etapie zwykle się nie myśli, a mianowicie, co zrobię, gdy przestanie mi się chcieć? Zapewniam więc sobie grupę wsparcia. Opowiadam o swoich planach wielu otaczającym mnie na co dzień życzliwym ludziom. I kiedy oni pytają mnie, jak idzie mi malowanie, pisanie książki czy zmiana pracy, to wstyd mi się przyznać, że coś właśnie nie idzie, tylko poszło się paść. Zaganiam więc z powrotem na właściwą ścieżkę swoje cele i poganiam bacikiem.

I najważniejsze – nie planuję działań, które musiałabym robić wbrew sobie i z udręką, bo wiem, że na pewno wcześniej lub później (raczej wcześnie) przestanę je kontynuować. Nie dla mnie postanowienia o siłowniach, zdrowym odżywianiu się, kładzeniu się spać przed północą czy rezygnacji z dwóch kaw wypijanych w łóżku zamiast śniadania. Życie ma być przyjemne, a realizacja celów, zadań i postanowień ma przynosić radość i satysfakcję.

Do kogo z Was mogłabym się zwrócić o wsparcie w realizacji swoich celów i marzeń?

 

Written by Róża Wigeland