Wirus w koronie

Świat się zatrzymał. Dosłownie. I nie zrobiła tego wojna, atom czy którykolwiek z możnych władców tego świata, a guzik z napisem reset wcisnęło coś, czego nawet nie widać. Mały wirus włożył koronę i krzyknął: teraz ja!!! I świat ten krzyk usłyszał.

Nikt z nas nie jest temu winny. Ale i nikt z nas nic nie może z tym samozwańczym ukoronowaniem nic zrobić. Bezsilność. W dodatku nikt z nas nie wie jak długo to panowanie wirusa-króla potrwa.

Przedtem ludzie żyli według schematu: więcej, mocniej, lepiej. Szał zakupów, dostarczanie sobie coraz więcej bodźców z zewnątrz. Jak nie pomagały nowe rzeczy, to nowe doznania dostarczały narkotyki i alkohol. By móc coś czuć lub przeciwnie – móc wyłączyć gonitwę myśli. Chore społeczeństwo, chorzy ludzie. Wiele razy pracując w restauracjach i pubach myślałam, codziennie stykając się z tłumem ludzi, że to kiedyś musi się skończyć, że tak dalej być nie może, że świat stoi na krawędzi, za którą jest przepaść. Wiele razy ludzkie zachowania wprawiały mnie w osłupienie. Po każdym weekendzie myślałam, że widziałam już wszystko i każdy kolejny weekend mnie zaskakiwał. Aż doszłam do ściany i poczułam, że więcej tego nie zniosę i pora na zmianę. Na szczęście pracuję w innym miejscu i ubiegłoroczna przeprowadzka uchroniła mnie po raz drugi przed czymś, co zachwiałoby moją egzystencją. Pierwszą była powódź w moim poprzednim mieście.

W cofnięciu się znad krawędzi nie pomogła wojna, brak internetu, zmiana klimatu czy segregowanie śmieci. Pomógł wirus i choroba.

I nagle się okazało, że problemem nie jest brak nowej torebki, bluzki czy sobotni melanż. Największym problemem stało się przetrwanie w domach, gdzie spędzamy czas z naszymi wybranymi przez nas współmałżonkami i sprowadzonymi przez nas na świat dziećmi. Największym problemem okazała się egzystencja z bliskimi ludźmi. Dzieje się to w społeczeństwie, które deklaruje we wszystkich sondażach, że najważniejsza jest rodzina. A w internecie oprócz kolejnych doniesień o siejącym spustoszenie wirusie wysypało się mnóstwo artykułów o tym jak przetrwać z domownikami w czterech ścianach podczas kwarantanny. Ale przecież o tym marzyliście – by móc spędzać więcej czasu z bliskimi. I zostało to dane. Można iść wspólnie spać, obudzić się i zjeść wspólne śniadanie nigdzie się nie spiesząc. Można spędzić ze sobą cały dzień rozmawiając, jedząc, oglądając film, grając w planszówkę. Można w końcu rozmawiając spokojnie ze sobą dowiedzieć się o swoich marzeniach, planach i poglądach. Można nadrobić te wszystkie dni, w których mijaliście się, w których byliście zapracowani i w których jedliście przy niebiesko świecących ekranach.

Ten prezent od losu pokazuje nam, czy umiemy wypełnić sobie czas z dala od świata zewnętrznego. Czy umiemy się wyciszyć? Czy potrafimy nabrać dystansu i zobaczyć, ile mamy szczęścia w naszych domach? A może wręcz przeciwnie – czy nie należałoby popracować nad naszymi wzajemnymi relacjami?

Uwielbiam być w swoim domu z osobami, z którymi mieszkam i  zapraszam do swojego życia. Dobrze odrobiłam tę lekcję i obecna sytuacja tylko mnie w tym utwierdziła. Oby nie zboczyć z tego kursu.

Nic nas nie odciąga na zewnątrz domu, bo nic tam nie ma. Wszystko pozamykano. Nareszcie możemy robić to, na co wcześniej nie było czasu. Zróbmy więc. Nadróbmy zaległości. Wszystko mija, pandemia też kiedyś minie. Doceńmy, to co mamy, bo jak nam wirus pokazał, nic nie jest dane raz na zawsze.

 

 

Written by Róża Wigeland