Urodziny 2020

Na początku listopada były moje urodziny, pięćdziesiąte trzecie. A właściwie pięćdziesiąte czwarte, bo te pierwsze, bez których by mnie nie było, to zerowe. Takie ważne i zero. Wychodzi na to, że zero to bardzo ważna cyfra jest. Zera na koncie bankowym są miarą zamożności, zerem jest parter w przyciskach windy, zero po każdej innej liczbie daje rocznicę i okazję do obchodzenia jubileuszu.

Nie umiem świętować ani celebrować swoich urodzin. Życzenia mnie krępują. Nie pamiętam prezentów, gości ani szczegółów przyjęć, a były przecież jakieś. Kiedyś, w innym życiu. Teraz to tylko okazja by zamówić sobie tort, bo lubię słodycze i „mokre”, kremowe ciasta. Świeczek też nie lubię zdmuchiwać. Żadnego „sto lat”! Co ja właściwie lubię? Prawie nic. Dzień jak co dzień, chciałoby się rzec.

Tylko jeden dzień swoich urodzin zapamiętałam bardzo dokładnie. Kończyłam wtedy czterdzieści lat. I nie dlatego, że to była dla mnie jakaś przełomowa liczba, jakiś szczególny wiek do przeskoczenia czy cokolwiek innego, co zwykle powtarzają kobiety.

W maju 1987 roku urodziłam synka. W tym dniu zmieniło się całe moje postrzeganie siebie i świata. Poczułam, że nie jestem już sama. Jakby samotność, z którą szłam przez życie pod rękę, gdzieś poszła sobie dalej sama. Leżąc obolała w szpitalnym łóżku próbowałam sobie wyobrazić swoje życie i życie mojego dziecka za dwadzieścia lat. Wtedy, gdy ja będę miała czterdzieści, a on dwadzieścia. Jak to będzie, gdzie to będzie i co będziemy wtedy robili? Moje wyobrażenia były sielankowe, pełne jego uśmiechu i moich sukcesów. Byliśmy zadowoleni i spełnieni, świat nam sprzyjał.

Dwadzieścia lat później przypomniałam sobie z niesamowitą siłą tamten dzień w szpitalu, swoje marzenia i porównałam z rzeczywistością.
Wracałam z pracy do pustego wynajętego mieszkania na drugim końcu Polski. Składałam się powoli na nowo z rozbitych kawałeczków, a mój syn budował swoje dorosłe życie daleko ode mnie na emigracji. Byliśmy potłuczeni, doświadczeni nieszczęściem i samotni. Wyobrażenia i rzeczywistość zupełnie się rozminęły. To wtedy, piątego listopada, trzynaście lat temu obiecałam sobie, że kiedyś odczaruję wszystko i moje urodziny jeszcze będą miłym i wesołym dla mnie dniem. Ale jak do tej pory, jeszcze tego nie zrobiłam.

Nie umiem, nie potrafię, nie wiem jak.

Written by Róża Wigeland