Profesjonalizm i szacunek

Pewnego dnia Simona Cowella zachwycił występ Trzech Tenorów: Luciano Pavarottiego , Jose Carrerasa i Placido Domingo.  I tak bardzo chciał zachować ich jakość występów, brzmienie głosów i cały artyzm im towarzyszący, że postanowił stworzyć grupę wokalną na ich obraz i podobieństwo. Trzy lata szukał śpiewaków na całym świecie. Pod koniec 2003 roku przesłuchania dobiegły końca. Zespół nagrał swój pierwszy pop operowy album w 2004 roku i od razu porwał tłumy.

Il Divo to czterech bardzo przystojnych mężczyzn. Każdy z nich pochodzi z innego kraju. Urs Bühler z Szwajcarii, Carlos Marín z Hiszpanii, David Miller ze Stanów Zjednoczonych, a Sébastien Izambard z Francji. Trzech z nich jest śpiewakami operowymi (2 tenory – Urs i David i jeden baryton – Carlos), czwarty, Sebastien jest po prostu piosenkarzem samoukiem. Razem brzmią niesamowicie.

Odkryłam ich dla siebie gdzieś około 2010 roku i od tamtej pory słucham dość często. Lubię muzykę pop w nieoczywistym wykonaniu: graną na carillonie, w aranżacjach orkiestry  Andre Rieu lub właśnie śpiewaną męskimi głosami operowymi. Zachwyciłam się ich perfekcją i brzmieniem i nawet nie marzyłam, że mogłabym kiedyś usłyszeć ich na żywo.

I to się stało! Zespół Il Divo wyruszył w trasę koncertową w piętnastą rocznicę swojego istnienia i jeden z koncertów w Wielkiej Brytanii odbył się tuż obok mojego miejsca zamieszkania, w Shieffield.

Spędziłam uroczy lipcowy wieczór w City Hall. Jadąc na koncert nie nastawiałam się jakoś specjalnie. Pojadę, zobaczę co zobaczę, wysłucham i wrócę. Pomyślałam, że gwiazdy tego formatu, występujący w najlepszych halach koncertowych i na największych światowych scenach, przed prezydentami i koronowanymi głowami, sprzedający miliony płyt, po prostu wyjdą na scenę, coś zaśpiewają i już. Mam złe wrażenia i doświadczeniem z występów i koncertów różnych rodzimych artystów i „gwiazd” nie oczekiwałam zbyt wiele.

Ich wyjście na scenę było poprzedzone innym małym koncertem smyczkowym kilku przemiłych pań – QSrings. Panowie z Il Divo dość długo kazali na siebie czekać. Najpierw miejsce zajęła kilkunastoosobowa orkiestra wraz z dyrygentem, a potem weszli oni – jak zawsze bardzo elegancko ubrani, wręcz nieskazitelni.  A potem już była tylko magia…

Nieważne, że na ich możliwości sala i scena były średnie, chociaż obiekt sam w sobie jest bardzo ładny i dostojny. Publiczności też ten koncert nie zgromadził jakiejś niesamowitej ilości.

Artyści śpiewali tak, jakby ten koncert miał być pierwszym i ostatnim. Muzycy grali tak, jakby wykonaniem chcieli zasłużyć na niebo. Tym dźwiękom i głosom towarzyszyły takie obrazy i światła, jakby miało zaistnieć najlepsze przedstawienie na świecie. Jestem przekonana, że każda osoba z publiczności czuła się na widowni tak, jakby ten koncert był tylko dla niej. Koncert od pierwszej minuty do ostatniej był mega profesjonalnym widowiskiem, gdzie śpiewacy i muzycy dali z siebie sto procent możliwości. To było coś absolutnie wspaniałego! Każde wspomnienie tego koncertu wypełnia mnie zachwytem, z jakim szacunkiem artyści największego światowego formatu potraktowali zwykłych słuchaczy w angielskim mieście. A brzmieli jeszcze lepiej niż na studyjnie nagranych płytach. To był jeden z tych wieczorów, których się nie nigdy nie zapomina.

Mam tylko kilka zdjęć z tego koncertu, a nagranie z telefonu dostałam od swojego partnera. Jakość tego jest mizerna. Ale jakość przeżytych kilku godzin ogromna. I ciagle na nowo dociera do mnie zdumienie złożonością świata – jak zachwyt Simona Cowella Trzema Tenorami kilkanaście lat temu, jego wrażliwość, upór i praca przełożyło się na moje samopoczucie, relaks i dobre przeżywanie życia teraz.

Written by Róża Wigeland