Podróżnik z deskorolką

Widziałam go w pubie zawsze późnym wieczorem. Przychodził nie wcześniej niż na godzinę przed zamknięciem. Nieśmiało zanurzał się w rozkrzyczane i rozochocone kolejnymi drinkami kłębowisko ludzkich ciał. Pił jedno, najwyżej dwa piwa przycupnąwszy gdzieś w wolnym kąciku na stojąco lub przy z rzadka wolnym klejącym się stoliku. Zawsze sam, z deskorolką pod pachą. Po jakimś czasie stał się stałym elementem, jedną z tych osób, które odhacza się, że już tego dnia byli.

Pomyślałam, że o tej porze kończy pracę i pewnie przychodzi spłukać zmęczenie i stres cywilizowanego świata przed zaśnięciem. Kiedyś go o to zagadnęłam. Nie pomyliłam się. Rzeczywiście kończył pracę jako kelner w restauracji w sąsiedniej miejscowości. Nawet zażartowałam:
– I dojeżdżasz na deskorolce?
– Częściowo tak – odpowiedział z uśmiechem.

 

Pewnego sobotniego wieczoru podszedł do mnie i poprosił o pozwolenie wniesienia do pubu swojej deskorolki. Zdziwiłam się, bo przecież zawsze ją miał przy sobie. Tym razem ochroniarz przy wejściu nie chciał go z nią wpuścić i uzależnił wniesienie od mojej zgody. Podobno ze względów bezpieczeństwa. Zaśmiałam się.
– No bez przesady! Przecież nie będziesz z niej strzelał. Połóż ją tylko tak, żeby inni goście się o nią nie potykali.
– Oczywiście – uśmiechnął się tylko.

Innego wieczoru stał przy barze, a ja często akurat tamtędy przechodziłam. Zagadnęłam go, czy nie chciałby zmienić miejsca pracy, bo przydałby się ktoś znający się na swojej robocie do pomocy. Okazało się, że właśnie kończy swój pobyt w Wielkiej Brytanii. Stanisław, bo tak miał na imię, przez osiem miesięcy zarabiał na spełnienie swojego marzenia – podróży. Zaczął o tym opowiadać, a ja widziałam jak z niepozornego szczupłego chłopaka zaczęła bić siła i moc świadcząca o władzy nad swoim życiem. Mówił o swoich planach, krajach do odwiedzenia, miejscach do zobaczenia. Porywał się na coś niezwykłego i gotów był ponieść wszystkie koszty. Chciał dotknąć swojego nieba.

Tydzień później pożegnał się ze mną. Był wzruszony.  Pokazał kartki od gości ze swojej restauracji, którzy napisali na nich kilka ciepłych słów i dołączyli kilka banknotów – na realizację marzeń. Bo same marzenia nie kosztują, ale ich realizacja już tak. Nie spodziewał się, że obsługując i  gawędząc czasami z nimi, zapamiętają szczegóły z jego życia.

A później oglądałam przez kilka miesięcy zdjęcia na portalach społecznościowych z Delhi, Istambułu, Bułgarii, Lwowa, Maroka, Gibraltaru, Lizbony…

Stanisław podróżował prawie pięć miesięcy. Był w osiemnastu krajach na trzech kontynentach. Pierwszy etap podróży to Sahara. Później zwiedził Istambuł i całe Bałkany. Trzeci etap to swoista pielgrzymka multireligijna po Indiach, Himalajach i Katarze. Dokonał czegoś wyjątkowego, a ja miałam zaszczyt spotykać tego wyjątkowego człowieka i rozmawiać z nim na co dzień w pubie. Zwykły człowiek pokazał, jak się spełnia niezwykłe marzenia.

Wczoraj wieczorem spoglądając przez całą salę w kierunku frontowego wejścia zobaczyłam młodego szczupłego mężczyznę z deskorolką pod pachą. Ale to nie był on. Ktoś łudząco podobny przypomniał mi wieczory, kiedy odmierzałam czas do zamknięcia mijając podróżnika-marzyciela.

Dzisiaj jeszcze raz obejrzałam zdjęcia z podróży.  Tak się dotyka swojego nieba…

Wszystkie zamieszczone zdjęcia przedstawiają bohatera postu, są własnością Stanisława Posmyka i zostały udostępnione przeze mnie przy jego zgodzie i aprobacie. 

Written by Róża Wigeland