Po prostu zwykłe życie

Jak wygląda moja praca wiecie już ze wszystkimi szczegółami z książki. A jak wygląda moje życie tutaj poza pracą? Jakoś nie pisałam o tym do tej pory. Może trochę na początku na starym blogu, potem coś mnie zatrzymało. Później, kiedy po pierwszym szoku i totalnym zmęczeniu, przyzwyczajaniu się do klimatu znaczonym kolejnymi chorobami gardła i przeziębieniami, było coraz lepiej, krępowałam się o tym pisać, by nie wyglądało to na chwalenie się i gloryfikację emigracji. Teraz żałuję, bo wiele rzeczy z tamtego okresu mi umknęło, wiele zdarzeń i osób zapomniałam. Pamiętam tylko ogólne wrażenia z poszczególnych pór roku.

Wielu gości i kolegów z pracy, którzy gdzieś mnie tam znaleźli w social mediach są zdziwieni, że my z RR mamy w ogóle jakieś życie poza miejscem, w którym pracujemy. Jakbyśmy my, imigranci byli tu tylko po to by pracować. Niektórzy rzeczywiście tylko po to są. Zarobić na coś konkretnego i wrócić do kraju. My przyjechaliśmy żyć, a praca, choć jest nam do tego niezbędna, jest jednak tylko częścią.

Mieszkać tak blisko jednej ze światowych stolic i nie korzystać z jej bogactwa byłoby niewybaczalne. Dość często robimy sobie z RR dzień na zwiedzanie, oglądanie, bywanie, jakieś zakupy. A własnie, zakupy…

Pięć razy się zastanawiam nad każdą rzeczą, zanim ją kupię. Czy aby na pewno jest mi potrzebna? Czy może mogłabym się bez niej obyć. Często odkładam zakupy na później, żeby zobaczyć, czy mi przypadkiem nie przejdzie ochota. I bynajmniej nie dzieje się tak z niedostatku. Po prostu wielu rzeczy mieć już po prostu nie muszę. Małe mieszkanie też mi w tym niejako “dopomaga”. Każdy sprzęt, mebel czy bibelot musi do czegoś służyć, a najlepiej być wielofunkcyjny, bo nasz salonik z aneksem kuchennym i sypialnia niewiele może pomieścić rzeczy na swojej powierzchni. Tylko książki znów się mnożą bez opamiętania i już właściwie brakuje na nie miejsca. Ale jak tu się oprzeć kolejnemu albumowi, kolejnej ciekawej pozycji do poczytania przed zaśnięciem, kolejnemu podręcznikowi, który ma czegoś nauczyć?

“Pieniądze szczęścia nie dają… dopiero zakupy”. Powiedziała to, zdaje się, najsłynniejsza blondynka świata, niejaka MM. A ja twierdzę, że zakupy też szczęścia nie dają. Zakupy co najwyżej męczą i pożerają mój czas na odpoczynek i sprawy dużo ważniejsze, np. leżenie, czytanie i objadanie się słodyczami.

Skłamałabym też, gdybym powiedziała, że nie cieszą mnie nowe perfumy, buty czy sukienka, bo cieszą. W końcu jestem kobietą, lubię ładnie wyglądać, gen próżności nie jest mi obcy. Tylko jak pogodzić niechęć do bezsensownego włóczenia się po galeriach handlowych z nabyciem tego i owego? Może po prostu spędzić miło czas ze sobą, a zakupy odbędą się niejako przy okazji.

Jedziemy więc z RR najpierw do naszej fryzjerki Mirelli. Musimy jechać do niej czerwonym piętrowym autobusem nr 258 prawie godzinę, bo mieszka w Harrow (dzielnica Londynu). Nie zamierzam szukać nikogo bliżej, bo przyzwyczajam się do ludzi i wolę poświęcić trochę czasu na dojazd niż na szukanie metodą prób i błędów nowego fachowca. Dla mnie Mirella jest najlepsza i już. Możemy w czasie drogi rozmawiać, albo poczytać. Najczęściej robimy jedno i drugie. Potem jedziemy innym autobusem nr 487 do polskiej restauracji na obiad. Nawet trudno nazwać ten lokal restauracją. Ot, kilka stolików, kontuar i pełna gwaru i zapachów kuchnia. Duża tablica z menu na ścianie i codziennie dwa dania dnia z zupą. Ale jedzenie jest prawdziwe. Ugotowane z sercem z normalnych prostych składników, pachnące grzybami i ziołami, świeżutkie, domowe. Zawsze jest tu dużo ludzi, czasami trzeba poczekać na wolne miejsce, jeszcze więcej gości czeka za swoje dania, by zabrać je do domu. Ta restauracja ma bardzo dobry klimat. Chce się tutaj wracać.

Na deser jedziemy do innej dzielnicy – Ealling. Znów ten sam autobus 487, tym razem z jedną przesiadką w Alperton na 483, by wysiąść w okolicach Ealling Brodway.  Znajduje się tutaj polska kawiarnia i restauracja “Sowa”. Pyszna kawa, wyborne ciastka. Zawsze gdy tutaj jesteśmy rzucamy uwagą, że Brytyjczycy powinni przyjść i zobaczyć, jak może wyglądać kawiarnia. Bo te wszystkie Costy, Starbucksy i Nero wyglądają, jakby ich menadżerowie ustalali menu i wystrój w jednym pokoju, a potem rozjeżdżali się do swoich lokali i wprowadzali je w życie.

Przy stoliku, który wybraliśmy wisiała mała wystawa zdjęć. Jeden rzut oka i wiem, co jest na każdym z nich i dlaczego ten bocian też się tutaj znalazł. Zakuło. To ten moment w emigracyjnym życiu, który boli. Mam wrażenie przerwanej ciągłości życia. Patrząc na różne plakaty, nazwiska, reklamy angielskie czy słuchając dowcipów nie znam ich pochodzenia, kontekstu. Nie wiem dlaczego ten a nie inny symbol w nich występuje. Muszę się dowiedzieć, doczytać, a to zajmuje dużo czasu. Tutaj spojrzenie i wiem, że te białe czubki to Filharmonia Szczecińska, a bocian w Polsce przynosi dzieci.

Ealling w Londynie to polska dzielnica. Podobno zamieszkuje tutaj najwięcej Polaków. Jest Polski kościół, na sklepach wiszą polskie ogłoszenia. Widać więcej polskich firm typu Gosia Travel czy Sami Swoi (przekazy pieniężne). Bo samych polskich sklepów, salonów fryzjerskich czy knajpek w całym Londynie jest bardzo dużo.

Zanurzamy się w klimatyczne, pełne uroku, małych sklepików vintage i wszelakiej maści lokalików gastronomicznych uliczki. Spacerujemy, oglądamy wystawy, robimy zakupy. Trafiamy na bardzo duży sklep z samymi perfumami, gdzie ceny nie zwalają z nóg, tak jak w galeriach handlowych. Są nasze jedne z ulubionych, więc kupujemy sobie po flakonie. Na jednej z wystaw widzę sukienkę w czarne róże. Wygląda bardzo podobnie do mojego logo. Pasuje, więc biorę. Jest dla mnie trochę za krótka, ale z powodzeniem będzie robiła za tunikę do spodni. Jeszcze trochę belgijskich czekoladek, wizyta z sklepiku z płytami i książkowym antykwariacie. Obejrzenie wystawy ze sztuką w witrynie pracowni oprawiającej obrazy i dzień się powoli kończy.

Czeka nas jeszcze powrót do domu. Znów piętrowe autobusy, dwie przesiadki. Na jednym odcinku trafiamy na korek, więc podróż się wydłuża. Jeżeli ktoś ma wyobrażenie, że Londyn to arterie i szerokie trasy to jest w wielkim błędzie. To mnóstwo ciasnych uliczek, gdzie wszyscy użytkownicy mijają się na odległość lusterek i ramion.

Stwierdzamy, że następnym razem nie wybierzemy takiej trasy powrotu, za długo jedziemy. Następnym razem wrócimy metrem z jedną przesiadką autobusem na krótkim odcinku. Tak żeby znaleźć się prawie pod domem. Po powrocie zakisiłam jeszcze dwa duże słoje ogórków, bo trafiliśmy w polskim sklepie spożywczym na resztki z likwidacji ogórkowych grządek i wszystkie dodatki do kiszenia.

Tak mi się jeszcze przypomniała dzisiaj w kontekście zakupów pewna wypowiedź Karla Lagerfelda o nas, normalnych zwykłych kobietach i nasunęło kilka wniosków z galeryjnych obserwacji. Niedługo szaleństwa wyprzedażowe, może uda mi się przed czymś ostrzec. Ale o tym  – ciąg dalszy nastąpi.

 

Written by Róża Wigeland