O modnej kafejce raz jeszcze

Często widzę na Instagramie czy w innych mediach społecznościowych ładne zdjęcia z różnych kafejek i restauracyjek. Jako żem gastronautka, pragnę odwiedzić pewne miejsca, zwłaszcza jak autorzy tych zdjęć pieją z zachwytu nad lokalem, obsługa, wystrojem i tym, co dostają na talerzach i w filiżankach. Będąc w Londynie, jednej ze światowych metropolii, kolebki wielu trendów, kucharzy-artystów i celebrytów wszelakiej maści, nie sposób się czasami oprzeć pokusie, by zajrzeć do tych obleganych, świetnie zrecenzowanych, modnych i zachwycających miejsc. Zwłaszcza że mam je często na wyciagnięcie ręki i portfela.

Po Elan Cafe, gdzie kelner przy odbiorze zamówienia poinformował, że mamy do dyspozycji jedynie 45 minut na zjedzenie, wypicie i zostawienie napiwku oczywiście doliczonego z automatu do rachunku czy mi się to podoba czy nie, zaniosło mnie podczas ostatniej wycieczki do Londynu do Farm Girl w Chelsea. Lokal na swojej stronie obiecuje ucztę dla podniebienia, piękny wystrój wnętrza, organiczne wina i wiele różnych smakołyków. Po obiedzie w tajskiej restauracji pojechałam z córką i przyjaciółką na deser i kawę do tej tak bardzo zachwalanej na blogach, fanpagach i instagramie influencerów z całej Europy.

Po wejściu do lokalu, dość zatłoczonego zresztą, czekamy przy barze grzecznie, aż ktoś się nami zainteresuje i powie, gdzie możemy usiąść. Widzimy jeden stolik wolny, ale nieposprzątany po poprzednich gościach. Kelnerka mija nas 3 razy w ciągu około 10 minut nie zaszczyciwszy nawet jednym spojrzeniem. W końcu moja towarzyszka podchodzi do młodego człowieka w barze i po krótkiej, miłej i dość dowcipnie przeprowadzonej rozmowie uzyskuje obietnicę wskazania dla nas stolika, jak tylko młody, uśmiechnięty i uprzejmy człowiek znajdzie chwilę, by jakiś stolik dla nas posprzątać. Po kolejnych 15 minutach możemy już usiąść. Znowu czekamy na podanie nam kart. Cała obsługa sprawia wrażenie, jakby nie wiedziała, co ma robić i w jakiej kolejności. Totalny chaos i brak profesjonalizmu. Moje towarzyszki mają już dosyć tej wizyty, ale dzielnie wytrzymują, bo ja chciałam pobyć w światowej, renomowanej, zachwalanej w internetach kawiarni w jednej z najdroższych i najelegantszych dzielnic Londynu.

I tak po około 40 minutach czekania licząc od wejścia nie wiadomo na co podszedł do nas kelner i pierwsze co oznajmił to to, że właściwie to są już zamknięci, bo dzisiaj był taki ruch, że prawie nic w kuchni nie zostało i zamykają lokal wcześniej, czyli o piątej (normalnie czynny jest do szóstej). Szybkie zerknięcie na zegarek – mamy dwadzieścia minut. Krygował się, zagadywał i przepraszał z nieschodzącym uśmiechem, ale nie zauważyłam, żeby było mu z tego powodu przykro. I nie zrobiło mi się lepiej, bo robił to uprzejmie, o nie! Zamówiłyśmy coś do picia. Organiczne kawy, japońska herbata matcha i sok, który zapomnieli podać.  Przy ciastkach okazało się, że paczków nie mają, a na pączusie miałyśmy właśnie ochotę, bo tłusty czwartek przeszedł nam koło nosa, tzn. w pracy. Zapytałyśmy, co mają w takim razie. I tu młody człowiek wyrecytował przede wszystkim co jest bez glutenu, bez cukru, bez tłuszczu, bez mleka, bez jajek, sojowe, wegańskie i wegetariańskie.  Zamówiłam dla siebie brownie bardzo ciekawa, jak takie ciastko bez tego wszystkiego będzie smakować i wyglądać. Ochota na mord na personelu mi nie przeszła i musiałam mieć go w oczach, bo kelner w pewnym momencie spojrzał na mnie, powiedział tylko „ I’m very sorry” i uciekł. Kiedy dostałam swoje brownie, i je ugryzłam, chciałam się rozpłakać. Cienkie ciasteczko z klejącą się i rozmazującą pom zębach czekoladą, suche i bez smaku. Byłam wściekła. Powinnam w tym lokalu zrobić do tego momentu przynajmniej kilka awantur. O to, że nikt się nami nie zajął od wejścia, że za długo czekałyśmy na wszystko i przekroczyli wszelkie możliwe standardy obsługi konsumenta, że nie było żadnej informacji o wcześniejszym zamknięciu lokalu i niepotrzebnie zmitrężyłyśmy 40 minut i że nie było w karcie żadnej opcji normalnego jedzenia. Wszystko wegańskie, wegetariańskie, bez glutenu itp. I nie przyjmuję do wiadomości, że powinnam wiedzieć, gdzie przyszłam i co tam podają. Wiecie, jakie awantury potrafią robić wegetarianie przychodzący do restauracji ze stekami i burgerami? Ja wiem. I nie zrobiłam nic. Nie dlatego, że im się nie należało, a dlatego, że i tak bym nic nie osiągnęła oprócz pogorszenia własnego nastroju i humoru moich towarzyszek.

Dwa razy musiałam prosić o rachunek, zanim go dostałam. A na rachunku – a jakże! Doliczone 12,5% napiwku jako service charge.

Dałam się sponiewierać, wykorzystać i obrabować. Dlatego następnym razem, jak zobaczę kolejną piękną, modną, kosztowną, specjalnie zaprojektowaną z najzdrowszą żywnością podawaną według najnowszych trendów w dietach i dbająca o zrównoważony rozwój kawiarnię czy restaurację, to powiem: walcie się! I pójdę do zwykłej kawiarenki czy piekarenki, gdzie zamówienie składam przy barze, wszystko mi podadzą w 10 minut świeżutkie i pachnące, z glutenem, cukrem, mlekiem i masłem od krowy, a napiwek zostawię, jeśli JA będę chciała. I tak zrobiłam zaraz następnego dnia.

Teraz już rozumiem, dlaczego wieczorami mam takie tłumy w pubie tych wszystkich wegan, wegetarian i bezglutenowych hipsterów. Przecież po takim jedzeniu to tylko można się napić z rozpaczy.

W Farm Girl można się co najwyżej sfotografować i wrzucić na Instagram.

Written by Róża Wigeland