O jeden drink za daleko

Widywałam ją w pubie dosyć często. Widać było na niej przeżytą większą część życia, chociaż próbującą barwnymi luźnymi ubraniami i mocnym scenicznym makijażem udowodnić tej mniejszej części, że jeszcze nie pożegnała się z lepszymi czasami na dobre. Siadała zawsze przy tym samym dużym stole tuż obok wejścia z głównej ulicy, obstawiając się torbami pełnymi zakupów.

Te leżące pakunki przeszkadzały mi w poruszaniu się po sali. Zawsze była niemiła i pokrzykiwała na mnie z oburzeniem, że brakuje jej na talerzu jakiegoś składnika. Zazwyczaj było wszystko, ale donosiłam to, o co się upominała by zaoszczędzić sobie czas i stres i nie tłumaczyć, że powinna wrócić do baru i za te dodatkowe rzeczy dopłacić.  Potem zniknęła na jakiś czas. Kiedy znowu zaczełą się pojawiać, siadywała gdziekolwiek.  Chyba nogi same zaprowadzały ją w miejsca, gdzie spędzała te lepsze i zabawniejsze chwile w życiu, ale już nie jadła tylko piła z nieobecnym wyrazem twarzy, jakby nie wiedziała, gdzie jest i po co przyszła. Znów jej nie było.

Wczoraj wieczorem zauważyłam małe zamieszanie na sali. Podeszłam i dopiero po dłuższej chwili ją poznałam. Nalana, spocona twarz z zapuchniętymi oczami. Siedziała na podłodze a stojący obok ochroniarz łagodnym tonem prosił, by wyszła. Podałam jej rękę, ochroniarz dźwignął ją z drugiej strony. Śmierdziała moczem i długo niemytym ciałem. Próbowała pozbierać wolnymi ruchami rozsypane dookoła siebie torby i pakunki nie chcąc od nas pomocy, jakby dawała do zrozumienia, że jeszcze panuje nad swoim rozsypanym życiem.  Nie wyglądała na bezdomną, ale na pewno już na kogoś, kto nie pije, bo lubi, ale musi. Nie miała makijażu, ubranie na niej też nie było tak czyste i kolorowe jak kiedyś. Tylko te pakunki i torby pozostały niezmienne i to pijackie, nieporadne zbieranie się do wyjścia.

Niedawno minęłam idąc z talerzami do stolika szczupła i niestarą jeszcze kobietę. I prawie bym nie zwróciła na nią uwagi w swoim pośpiechu gdyby nie jej chwiejny krok. Pomyślałam, że może źle się czuje i trzeba jej jakoś pomóc. Ale zanim ją znalazłam siedzącą przy stoliku w kącie, ona już spała. A raczej zapadła się w alkoholowy niebyt tak bardzo, że nie dała się dobudzić. Czekając na przyjazd ratowników przyjrzałam jej się dokładniej. Miała na sobie dobrej jakości ubranie i buty. Jej dłonie nie były zniszczone. Nosiła ładną biżuterię. Nie była brudna czy śmierdząca. Ot, zwyczajna kobieta i gdyby nie to lekkie zataczanie się, nie zwróciłaby niczyjej uwagi. Ratowniczka znała na pamięć jej personalia. Często przywraca ją do swiata żywych na ulicach i przystankach.

Przechodziłam kiedyś dość często obok  całodobowego sklepu z alkoholem. Pod tym sklepem w godzinach określonych dobowym trzeźwieniem i zapadaniem się w krainę wódczanych czarów, rezydowała kilkuosobowa ekipa meneli nagabująca ludzi i żebrząca o kilka złotych na flaszeczkę. Czasami między tymi pijaczynami były także kobiety. Nie podchodziły do przechodniów. Czepiały się rękawów swoich kompanów w nadziei nie tylko na łyk czegoś mocniejszego, ale i na dobre słowo czy czulszy gest. Skamlały o chwilę uwagi czy rozmowy i czasem ją dostawały. Potrzebę miłości w kobiecie  nigdy i nic nie zabije, skoro pragną jej nawet wtedy, gdy wszystkie uczucia i instynkty  w sobie dawno już utopiły w alkoholu.

W czasie weekendu w pracy ogarnia mnie smutek i mam ochotę powiedzieć każdej młodej pijanej dziewczynie, którą podtrzymują znajomi, by mogła zejść ze schodów i trafić do wyjścia i każdej śmiejącej się perliście ślicznotce, którą chłopak zarzuca sobie na ramię i wrzuca do taksówki, że jeszcze nie jest za późno, by zawrócić z tej drogi, która doprowadzi tylko i wyłacznie do coraz większego cierpienia. Jeszcze można wytrzeźwieć i zacząć żyć inaczej. Są inne sposoby na znetrualizowanie złych emocji i spłukanie z siebie całotygodniowego stresu. Ale żeby to zrobić, trzeba by było wszystko w swoim życiu zmienić.

Wszystko.

Miejsca do których się chodzi.

Ludzi, których się spotyka.

Myśli, które nie dają zasnąć.

Z każdym kolorowym drinkiem elegancko sącząnym przez słomkę, z każdym kolejnym szotem wypijanym zgrabnym ruchem z odrzuceniem do tyłu głowy i błyskiem w oku, z każdym kolejnym weekendowym melanżem wchodzą na bardzo chwiejny most, który może zaprowadzić je do… Do tego, by ochroniarz za kilka lat musiał powiedzieć: „proszę skierować się do wyjścia”. I nigdy się nie dowiedzą, w którym momencie ten most przekroczyły, w którą sobotę wypiły ten jeden drink za daleko.

Na żadnej butelce, na żadnym kieliszku nie widnieje ostrzegawczy napis, że spożycie zawartości grozi chorobą, ciepieniem, złamanym życiem i śmiercią. Dopisz to sobie sama.

 

Written by Róża Wigeland