Emigracyjne cztery lata

W środę 4 października miną cztery lata. Przed czterema laty siedziałam na lotnisku w Gdańsku trzymając w ręku paszport i bilet w jedną stronę. Nie było w moich myślach, że jak mi nie wyjdzie, to wrócę, bo mam dokąd. Zrobiłam wszystko, by nie było dokąd wrócić. Żegnałam się z krajem na zawsze. Byłam o tym głęboko przekonana. Tych czterech dni przeprowadzek i przepakowywań się, bez klucza do jakiegokolwiek domu nigdy nie zapomnę.

Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mi się nie uda. Musiało się udać. Bo jak nie to… nie było nic. Czarna dziura. Nie potrafiłam sobie nic wyobrazić: jak będzie, co będzie… Wiedziałam tylko, że muszę codziennie wstać i zrobić wszystko, by odbudować swoje życie. A potem je polepszać. Bo przecież dlatego zdecydowałam się na taki krok. By żyć, a nie wegetować.

Czy się bałam? Nie! Ja byłam przerażona! I co roku, kiedy zbliża się czwarty października to wspomnienie do mnie wraca. Wszyscy, z którymi rozmawiałam przed wyjazdem mówili: na początku będzie ciężko. I ja na to „ciężko” byłam przygotowana. Ale gdybym wtedy wiedziała, albo chociaż przypuszczała, jak będzie ciężko, to nigdy bym się na ten krok nie zdecydowała. Uratowała mnie ta niewiedza. Bo jednak codziennie trzeba było wstać i robić wszystko, by odbudować swoje życie na szczątkach zapakowanych do dwóch walizek. Nie było powrotu. Skutecznie zatrzasnęłam drzwi z tabliczką „Polska”.

Gdy dzisiaj ktoś mnie pyta, czy zdecydować się na emigrację, odpowiadam – zrób wszystko, by do tego nie dopuścić, bo odnalezienie się w nowej rzeczywistości wśród innej ludzkiej mentalności, poznanie nowego prawa, smaków, poruszania się wśród innego społeczeństwa jest bardzo, bardzo trudne. Przynajmniej dla mnie takie było. Pamiętam doskonale kilka momentów, kiedy miałam ochotę rzucić w diabły całą tę emigrację. Jak byłam bliska płaczu, bo nie mogłam znaleźć w sklepie soli, która okazała się zapakowana nie w woreczek, a w plastikową butelkę. Jak syn szarpnięciem za ramię udaremnił moje wejście pod koła samochodu, bo najpierw spojrzałam nie w tę co trzeba stronę. Jak dopominałam się od zdumionego menadżera potwierdzenia urlopu na piśmie. Jak nie mogłam zrozumieć, co do mnie mówią, ale jakimś szóstym zmysłem domyślałam się, co mam zrobić.
Ale jeżeli życie w kraju przeraża cię jeszcze bardziej, to przygotuj się, jak tylko możesz najlepiej i zrób to najszybciej jak to możliwe. Po prostu skacz! Tylko nie zapomnij oddychać.

Kiedy przypominam sobie siebie z tamtego okresu, to jakbym oglądała film o kimś innym. Sama nie wierzę, że ja to wszystko przeżyłam. Że to ja się tego wszystkiego nauczyłam. Że poznałam tylu ciekawych ludzi. Że tyle osiągnęłam w tak krótkim czasie. Wiem już, że człowiek nie zna swoich możliwości, dopóki nie stanie oko w oko z przeciwnościami. Tylko wtedy jest w stanie dowiedzieć się czy jest w stanie przetrwać, zawalczyć o siebie, czy jest w stanie poznać i przyswoić inny świat. Inną kulturę, inny język ciała, inną historię i wynikającą stąd mentalność. A jeżeli tych kultur i mentalności w jednym miejscu jest dużo, to jest to już dar od losu. Nie każdą lubię, nie każda mi odpowiada, ale wiem przynajmniej dlaczego coś wzbudza we mnie niechęć i są to moje własne obserwacje i spostrzeżenia, a nie fobie wciskane mi przez media.

Emigracja sprawiła, że moja przestrzeń do życia bardzo się poszerzyła. Polką mogę być, ale nie muszę. Mogę korzystać z tego co najlepsze w dwóch krajach jednocześnie. Mam o wiele więcej możliwości czerpania z wszelakich dóbr i po prostu stać mnie na to. A tym, którzy mówią, że pieniądze nie są w życiu ważne, mogę jedynie powiedzieć: w takim razie nigdy nie byliście biedni. Mam o wiele większe grono znajomych. Mam o wiele więcej kierunków do rozwoju i poprawiania swojej jakości życia.

I pomimo tego, że moja narodowa mentalność czasem ze mnie wyłazi i w rubryce narodowość zawsze będę wpisywała „polska”, to już wiem, że ojczyzna nie jest mi potrzebna do życia. Stała się jedynie alternatywą.

Written by Róża Wigeland