Dykteryjka o kieliszkach do wina

Brakowało mi pewnej nuty celebracji przy świątecznych obiadach i kolacjach w naszym domu.

Nie pijemy alkoholu, więc do tej pory nie mieliśmy żadnych kieliszków. Niedawno odkryliśmy w dwóch sklepach bezalkoholowe wino i pomyślałam, że w końcu moglibyśmy mieć nakryty stół do kolacji jak w najelegantszych restauracjach. Wszak dążymy do coraz lepszego życia. Przetestowaliśmy całą ofertę i, no cóż, wino nie okazało się wybitne, rzekłabym nawet, że białe i różowe jest podłe, ale Merlot i Cabernet Sauvignon dało się pić. Zawsze to jakaś alternatywa dla herbat i wody. Chciałam, by te kieliszki do wina były najpiękniejsze jakie uda mi się kupić. I znalazłam takie. Pojechałam po nie do dość odległego sklepu. Duże, o doskonałej linii, ze szkła wydającego piękny dźwięk.  Goszczą na naszym stole często, a czerwone bezalkoholowe wino to już stała pozycja na naszej liście zakupów.

Po obiedzie, w czasie sprzątania ze stołu i wynoszenia naczyń, mówię do RR, żeby nie mył kieliszków do wina. Proszę, żeby zostawił je na stole, sama się nimi później zajmę. Są wykonane ze szkła grubości bibułki, piękna czasza jest osadzona na długiej i wyjątkowo cienkiej nóżce. Lekkie puknięcie o cokolwiek spowoduje, że się rozsypią. Po myciu i ocieknięciu wody szybko je wycieram i poleruję, by ślady po kroplach wody nie popsuły nieskazitelnego blasku szkła. I natychmiast je chowam do kuchennej szafki, by przypadkowe potrącenie nie spowodowało ich straty. Nie chce mi się tego wszystkiego tłumaczyć RR. Po prostu szybciej to sama zrobię.

Katem oka widzę lekko obrażonego  RR i po chwili słyszę, jak burczy pod nosem: A co to ja? W nieprawidłową stronę będę je mył?

Written by Róża Wigeland