Czy w Wielkiej Brytanii biją Polaków za mówienie po polsku?

Media podają, że po ogłoszeniu wyników referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej odnotowano ponad trzy tysiące aktów wrogości wobec imigrantów. W tych trzech tysiącach znalazło się kilka-kilkanaście aktów wobec Polaków. Przynajmniej o tylu napisano w mediach. Dużo to czy mało? Biorąc pod uwagę, że jest nas tutaj co najmniej milion (według moich obserwacji – więcej) nie jest to jakaś porażająca liczba. Ponad wszelką wątpliwość przypuszczam, że takie ataki miały miejsce także wcześniej, bo chuliganów, osób uprzedzonych i zwyczajnych świrów nigdzie nie brakuje. Teraz jest to po prostu bardziej medialne i wpisuje się w różne założenia i tezy dziennikarskie związane z Brexitem.

Największy rozgłos nadano bójce, w  wyniku której zmarł jeden Polak. Z ulicznych kamer wynika, że po zamówieniu pizzy wraz z dwójką znajomych wyszedł na zewnątrz, gdzie wdał się w kłótnię z grupą nastolatków. Został uderzony w twarz, przewrócił się i doznał urazu głowy, co przyczyniło się do jego śmierci. Kilka dni później, przed pubem o 3.30 nad ranem zostało pobitych dwóch innych Polaków. Co jakiś czas czytam o jakimś incydencie związanym z naszym rodakiem i zawsze w tle pojawia się późna wieczorna godzina lub noc, pub, kłótnia, inna agresywna grupa najczęściej również imigrantów. Pojawiło się kilka obraźliwych napisów na ścianach polskiej instytucji czy domów zamieszkanych przez rodaków. Kilku naszych rodaków usłyszało od swoich współpracowników, że przyszedł czas na powrót do swojej ojczyzny.

Czytając polskie medialne doniesienia mam wrażenie, że w UK Polaków biją, wyzywają, mordują i prześladują. I to za to tylko, że są Polakami i mówią po polsku w miejscach publicznych. Czy media opisujące wydarzenia i moja rzeczywistość to jakieś dwa równoległe światy? Bo ja widzę i słyszę coś innego. Nigdzie i nikt nigdy nie zwrócił mi uwagi za mówienie w ojczystym języku. Nawet w pracy, gdy pojawiła się kartka od przełożonego, by nie używać innego języka niż angielski. Owszem, zdarzyły się uwagi od dwóch klientów zaraz po referendum o pakowaniu się i powrocie, co totalnie zignorowałam. Rozumiem, że mają prawo czuć się niekomfortowo, gdy tylu obcych przybyszów przyjechało i osiedliło się w ich kraju. Poprawność polityczna zamykająca im usta zawsze i wszędzie nagle poluzowała im kaganiec i uwolniła ich nastroje. To nawet i lepiej, bo przynajmniej słychać, co myślą naprawdę. Natomiast ja nie mam sobie nic do zarzucenia – wszystko związane z moim pobytem, mieszkaniem i pracą jest legalne i zgodne z każdą literką brytyjskiego prawa. Ciężko pracuję, nie biorę żadnych benefitów, nikim nie pogardzam – ani tubylcami, ani innymi imigrantami. – Yes, I’m an alien, but I’m a legal alien – odpowiedziałam kiedyś pani, która zapytała mnie, dlaczego nie wracam do siebie. Ot, i wszystko.

Celowo podałam powyżej te, a nie inne szczegóły z napaści na Polaków, by na coś zwrócić waszą uwagę.

Nie dalej jak wczoraj jakiś Polak pod moim oknem spotkał swojego ziomka. Przez pół godziny opowiadał, komu chce wpierdolić, komu, jak i co by zajebał, na kogo położył chuja. Od czasu do czasu pod adresem przechodzących ludzi wykrzykiwał you fucking idiot. Po pół godzinie sama miałam ochotę zejść na dół i spuścić mu łomot. Że nie oberwał od któregokolwiek z adresatów jego jakże przyjaznych słów szerzących pokój za ziemi zakrawa na cud. Sprzyjała mu chyba tylko pora dnia, bo było koło południa. W nocy kilku innych podobnych „królów świata” narąbanych i upalonych pewnie by się mocniej skonfrontowało z jego gębą wysyłającą w świat zaproszenie do kłopotów.

W ostatnią sobotę, kiedy wracałam do domu z pracy o drugiej w nocy, po drugiej stronie ulicy na której mieszkam, szło dwóch pijanych młodych Polaków. Jeden z nich urywał i rozbijał lusterka w zaparkowanych samochodach, bo był ciekaw, w którym samochodzie włączy się alarm. Tak dobrze się bawił, że postanowił wbiec i poskakać na dachu jednego z tych samochodów. Nie udało mu się tylko chyba dlatego, że był za bardzo pijany. To, że to byli Polacy poznałam po jakże soczystej ojczystej mowie, w której przeważały słowa typowo rynsztokowe. Gdyby jeden z właścicieli któregokolwiek z tych samochodów wybiegł na ulicę i sam wymierzył sprawiedliwość, pomyślałabym, że dostał to, na co sobie zapracował.

A jak myślicie? Ci pobici panowie pod pubem między trzecią a czwartą rano, to co tam robili? Odmawiali zdrowaśki po polsku? A ci co zamówili pizzę – czemu wyszli przed lokal i wdali się w pyskówkę z grupą nastolatków szukających wrażeń w miejscu uznanym w tej miejscowości za niebezpieczne? Jak myślicie – rozmawiali z nimi językiem z „Pana Tadeusza”?

Nie twierdzę, że przypadki napaści, pobić czy gwałtów nie mogą się zdarzyć przypadkowym niewinnym niczemu ludziom. Nie twierdzę, że mnie to się nigdy nie zdarzy, zwłaszcza, że moje powroty z pracy są o niebezpiecznych porach. Ale twierdzę, że często z perspektywy wykonywanej pracy w pubie i powrotów z niego jestem świadkiem takich zdarzeń, że właściwie to dziwię się, że Polacy obrywają tak rzadko.

Zanim znów ktokolwiek napisze, że kolejny Polak został pobity za to, że mówił po polsku, dobrze by było, aby był na tyle dociekliwy i zapytał: co mówił.

Najwyższa pora by nauczyć się żyć bezpiecznie w niebezpiecznym świecie.

Written by Róża Wigeland