Zbuduj swoją wartość. Odcinek 3

Zdrowe poczucie własnej wartości nie rozwiąże nam wszystkich naszych życiowych problemów, ale pomoże nam znaleźć twórcze rozwiązania, sprawi, że staniemy się pewniejsze siebie, da nam wewnętrzny spokój i wiarę, że cokolwiek się stanie – poradzimy sobie. Będziemy mogły umiejętnie wykorzystywać nasze mocne strony.

Wróćmy na chwilę do czasów, gdy byłyśmy nastolatkami. Chciałymymy żyć według własnych zasad i pragnień, chciałyśmy realizować swój model życia, dążyć do własnych celów i często kłóciłyśmy się o to ze swoimi rodzicami. Marzyłyśmy o chwili, gdy nikt niczego nie będzie nam zabraniał i będziemy robiły, co MY będziemy chciały. Pamiętasz o czym marzyłaś? Co chciałaś robić? Gdzie mieszkać? Co zobaczyć? Czego dokonać? Przenieśmy się teraz do chwili obecnej. Co z tego zrealizowałaś? Gdzie mieszkasz? Co robisz? Zrobiłaś, a przynajmniej spróbowałaś tego dokonać? Gdzie to wszystko znikło? Prawdopodobnie okazało się, że ta upragniona dorosła wolność wyboru niesie za sobą dużo niebezpieczeństw, niewygód i ryzyka. Zwątpiłyśmy i przestraszyłyśmy się, że coś mogłoby nie pójść po naszej myśli. Łatwiej było zrezygnować z wielu marzeń i wybrać bezpieczeństwo. Tylko gdzieś tam na dnie duszy czy w zakamarku serca tli się stłamszone pragnienie życia na własnych warunkach. Od czasu do czasu wyłazi to nienakarmione pragnienie życia według własnego widzimisię i puka w ściankę pytając: gdzie się podziały moje marzenia? Co byłoby, gdybym wtedy i wtedy nie poddała się, a zaczęła realizować to, co chciałam? Gdzie bym wtedy była? Co robiła? Ile zarabiała? Wiele spraw nie da się cofnąć i zacząć od nowa. Jeżeli marzyłaś o dalekich podróżach, a wyszłaś za mąż i urodziłaś dzieci, to pewnie zmieniły się twoje priorytety. Pieniądze, czas i wysiłki trzeba było przekierować w inną stronę. Ale może kiedy dzieci są na tyle duże lub wręcz dorosłe można by było wrócić do marzeń? Nie każe ci rzucać wszystkiego i lecieć na Bali czy Dominikanę. Może na początek do innego miasta? Albo odwiedź kuzynkę za granicą? Niech ta pierwsza podróż będzie bezpieczna. Jeżeli nie leciałaś nigdy samolotem, poproś o pomoc w zakupie biletu, odebranie z lotniska. Zapytaj kogoś, kto lata, jak się spakować do samolotu, jak się nadaje bagaż, jak przechodzi odprawę. Wiem doskonale, że to, co nieznane wzbudza lęk i niepokój. Ale gdy przekonasz się po pierwszym razie, jakie to było proste, jedyne czego będziesz żałowała, to czasu, który spędziłaś na snuciu obaw i karmienia własnych lęków. I jeszcze jedno. Jeżeli zapytasz i ten ktoś będzie szydził, że to takie proste, a ty nie wiesz, jak się robi te wszystkie czynności na lotniskach, to poślij go w diabły. I zapytaj kogoś innego. Nie jest wstydem nie wiedzieć czegoś, czego nigdy się nie robiło. Niech się wstydzi ten, kto drwi i nie okazuje empatii.

Odzyskaj swoją wolność. Wyrzuć z umysłu własne ograniczenia o swojej niemożności. Zacznij używać własnego umysłu nie do tłumaczenia, dlaczego nie możesz tego zrobić i narzekania, co cię ogranicza. Przestań marnować energię na szukanie odpowiedzialności w innych ludziach czy zdarzeniach. Skoncentruj się na szukaniu rozwiązania. Nie masz na to pieniędzy? Zarób je lub zaoszczędź. Nie znasz języka? Naucz się porozumiewać choćby komunikatywnie. Nie musisz od razu rozprawiać o filozofii Kanta lub architekturze baroku. Nie umiesz znaleźć połączeń lotniczych w internecie? Poproś kogoś, kto umie, by ci pokazał jak to się robi. Zamiast szukać wymówek, dlaczego nie możesz, poszukaj rozwiązań. Satysfakcja gwarantowana, a twoje poczucie wartości znacznie wzrośnie. Po zrealizowaniu pierwszego celu, można w swoich dokonaniach iść tylko dalej.

Pamiętając, ile mnie kosztowało przełamywanie oporów moich opiekunów w braniu przeze mnie odpowiedzialności za moje własne życie, starałam się nie robić tego własnym dzieciom. I one mi zaimponowały!

Mój syn będąc w drugiej klasie liceum trenował pływanie. Dojeżdżał na basen w sąsiednim miasteczku. Aby zacząć osiągać dobre wyniki, musiał więcej i częściej trenować, jednak nie było to możliwe przy jego ówczesnym rytmie dnia. Wymyślił więc, że zmieni liceum i przeprowadzi się do tego miasteczka z basenem, by móc trenować dwa razy dziennie, a nie jak dotychczas 2-3 razy w tygodniu. Dopiero, gdy wszystko sprawdził, dowiedział się i załatwił, powiedział mi o tym. Poprosił o rozmowę i przedstawił mi gotowy plan na swoje życie. Zaskoczona próbowałam na początku oponować. Że na niespełna rok przed maturą nie jest dobra zmiana szkoły (a dlaczego nie?) Że nie będzie miał czasu na naukę (miał dokładnie wyliczony plan dnia). Gdzie będzie mieszkał? (w internacie). Trzeba pójść do dyrektorów obu szkół i porozmawiać (już rozmawiał). Czy w tym internacie będzie dla niego miejsce? (będzie, a właściwie już jest, bo to załatwił). Ile to będzie kosztowało? (miał przygotowane cyfry). Kiedy skończyły mi się argumenty, zapytałam go, co zrobi, gdy się nie zgodzę? (miałam tysiące obaw i wątpliwości). Odpowiedział, że on nie pyta mnie o zgodę, on mnie informuje, co zrobi, bo chce wziąć udział w takich i takich zawodach i je wygrać. Nie ukrywam, opadła mi szczęka. Zaimponował mi swoją dojrzałością i odpowiedzialnością. Moim zadaniem było tylko złożyć podpis na przyniesionych przez niego dokumentach. Po roku oglądałam puchary z wygranych zawodów i byłam z niego bardzo, bardzo dumna.

Moja córka po zaliczeniu matury chciała zamieszkać w Londynie i chciała się tam przeprowadzić od razu ze swoim psem. Ja już wtedy mieszkałam w innym mieście. Przez trzy lata intensywnie uczyła się języka angielskiego i oszczędzała pieniądze. Tuż przed wyjazdem, a po skończeniu szkoły i w trakcie matury, pracowała. Prezent ode mnie na osiemnaste urodziny też przeznaczyła na start w dorosłe życie w Londynie. To wszystko nie byłoby jeszcze takie straszne, gdyby nie ten pies. Sama, w ogromnej światowej metropolii, szukająca pracy, zaczynająca budowanie swojej tożsamości w nowym miejscu, co jak wiedziałam doskonale, dla dojrzałego dorosłego człowieka jest wyzwaniem i jeszcze odpowiedzialność za psa! Kto mieszka w Wielkiej Brytanii wie, jak trudno znaleźć lokum z pozwoleniem na trzymanie zwierząt. Łatwiej by jej było z dzieckiem niż ze zwierzęciem. Wszystkie argumenty, by zostawiła psa pod czyjąś opieką w Polsce i wróciła po niego, jak już znajdzie pracę i ogarnie swoją egzystencję odbijały się jak piłeczka pingpongowa od ściany. Zostawiłam ją z tym samą licząc, że problem przetransportowania psa i zarejestrowania go w obcym kraju zwyczajnie ją przerośnie. Bardzo się zdziwiłam, kiedy po miesiącu poinformowała mnie o dacie przyjazdu do Londynu, podała adres, gdzie będzie mieszkać i przekazała informacje w jaki sposób to zrobi. Dowiedziała się wszystkiego na temat transportu psów i formalności z tym związanych, wybrała opcję przejazdu Polska-Anglia bla-bla-carem i podała personalia i profil kierowcy. Prawie wtedy zemdlałam! Moja śmiertelnie chora córeczka i przeprawa przez Europę z obcym facetem w samochodzie! Z psem!!! Kiedy ochłonęłam, sprawdziłam profil kierowcy, porozmawiałam z nim, uzyskałam trasę i czas przejazdu, sprawdziłam adres w Londynie i pozostało mi tylko czekać na godzinę dotarcia do celu i telefon od jej współlokatora, że moja córka jest już bezpieczna pod wskazanym adresem. Dokonała tego. Nic złego się nie stało. Zamieszkała w wymarzonej metropolii, znalazła odpowiedzialną pracę zgodną z wykształceniem w jednym z najlepszych hoteli świata, wdrożyła się w specjalistyczne leczenie w londyńskim szpitalu, nauczyła się kolejnego obcego języka, ma kochającego, wymarzonego chłopaka. Planuje kolejną przeprowadzkę, tym razem do USA. Oczywiście z psem! Wystarczyło pozwolić jej działać i wspierać ją. A potem puchnąć z dumy.

Kiedy mam ochotę podjąć jakieś działania i nachodzą mnie wątpliwości i obawy, a z zakamarków wypełzają dobrze znane lęki, przypominam sobie te dwa dokonania swoich dzieci i od razu nabieram pewności. Nie mogę okazać się mniej odpowiedzialna od nich. Wszak swoją dorosłą wolność używam kilkadziesiąt lat dłużej.

Zacznijmy korzystać z naszej wolności. Przyjmijmy odpowiedzialność za nasze wybory na swoje barki. Nie zwalajmy winy na okoliczności. Im więcej decydujemy, co się z nami dzieje, tym bardziej panujemy nad biegiem spraw i zdarzeń. Im bardziej czujemy, że wiele zależy od nas samych, tym bardziej czerpiemy z niego radość i satysfakcję i krzywa naszego poczucia własnej wartości wzrasta. Przyjmijmy na siebie odpowiedzialność za to, co się dzieje z naszym życiem.

Zbudowanie poczucia własnej wartości to olbrzymi projekt. To proces, proces musi trwać. Nie oczekujcie szybkich rezultatów. Ale każdą podróż trzeba zacząć od pierwszego kroku.

Written by Róża Wigeland