Realizacja (4)

Sprawdzam w kalendarzu, ile czasu minęło od powrotu z rekonesansu z Doncaster a uruchomieniem machiny zmian i uświadamiam sobie, że było to aż 17 dni. Kilkanaście dni bicia się z własnymi myślami czy aby na pewno? A jak coś nie wyjdzie? Czy o wszystkim pomyśleliśmy? Zrobiliśmy szczegółowy plan co i kiedy powinniśmy załatwić. Wypowiedzenie umowy wynajmu dotychczasowego mieszkania. Szukanie domu. Ustalenie daty przeprowadzki z odpowiednią firmą. Podpisanie umowy na nowy dom. Dodajemy trochę czasu na nieprzewidziane zdarzenia. Wychodzi nam, że to potrwa dwa miesiące.

Zaczynajmy więc.

To, co opisuję poniżej składa się w większej części z faktów i wydarzeń. Tak naprawdę składało się głównie z burzy myśli szalejących w naszych umysłach. Ze strachu, obaw, lęków i niepewności.

Najpierw rozmowa z naszym menadżerem o transferze pracowniczym. Jest bardzo zaskoczony. Nie rozumie naszych motywów. Próbuje mnie przekonać, żebym jednak została. Pół żartem, pół serio proponuje wynajęcie nawet dla mnie mieszkania, żebym tylko nie odchodziła. RR dla niego w tych przekonywaniach nie istnieje, chociaż siedzi obok i bierze udział w rozmowie.  Pozostaję nieugięta. Podjęłam już decyzję i nie ma od niej odwołania. Poza tym nie chcę mu wszystkiego tłumaczyć. Chcę się rozstać w zgodzie i pozostawić po sobie dobre wspomnienia. Nie mówię mu wszystkiego. Nie przyznaję się, że przestałam lubić to miejsce. Że nie mogę znieść niektórych gości siedzących codziennie w tym samym miejscu, upijających się tym samym piwem i mówiących mi codziennie te same impertynencje. Że śmiech jednego z klientów wzbijający kurz z podłogi wwiercający się codziennie przez wiele godzin w mój mózg przyprawia mnie o chęć zamordowania go. Że nie mogę znieść tych samych młodych ludzi przychodzących do pubu upić się, wciągnąć coś i przelecieć się nawzajem w toalecie.  Że mam ochotę pogryźć gości, którzy notorycznie składają dokładnie te same skargi na te same dania kilka razy w tygodniu – ale i tak przychodzą tu jeść. Że nie mogę już tak ciężko pracować i żadne zapewnienia, że dostanę pomoc tego nie zmienią, bo ja już nie wierzę w żadne obietnice. Skoro przez rok nic się nie zmieniło, to dlaczego teraz nagle ma się coś zmienić. Że wszędzie wiszące zadrukowane kartki z komunikatami czego nam nie wolno i jakie grożą konsekwencje za rozmowy w innym języku niż angielski, używanie telefonu czy inne błahe „przewinienia” działają na mnie przygnębiająco, a na kilka osób donoszących o tych „przestępstwach” po prostu nie mogę patrzeć, a co dopiero z nimi współpracować.

Wypaliłam się. Depresja zapukała do drzwi. Znam jej objawy i wiem, jak ona kąsa. Układając plany na przyszłość zapomniałam uwzględnić w nich uczuć. A uczucia spowodowały, że mam ochotę płakać idąc do pracy.

Ale tego nie powiedziałam menadżerowi.

Zaskakuje mnie, że nic nie notuje. Ani nazw nowych pubów, ani dat. Ale… przecież to nie pierwszy transfer, więc chyba wie co robi.

Po tygodniu pytam czy pamięta o naszym przeniesieniu. Ależ oczywiście pamięta i wszystko jest w najlepszym porządku.

Po następnych dwóch tygodniach, kiedy nic się nie dzieje w naszej sprawie, zagaduję, czy któryś z pubów odpowiedział na naszą ofertę i słyszę, że nie wysłał jeszcze maila, bo nie wie, do którego pubu chcemy się przenieść. Podaję nazwy jeszcze raz i dla pewności zapisuję mu na kartce. Po tygodniu, po następnym moim ponagleniu dowiaduję się, że nie może nic zrobić w naszej sprawie, bo po pierwsze: nie wie do których pubów wysłać maila (!) i po drugie: nie podaliśmy mu dat kiedy jest nasz ostatni dzień pracy w starym pubie i kiedy chcemy zacząć w nowym. Nie podałam, bo nikt od nas tego nie wymagał i nawet nie wiedziałam, że mam to zrobić! Jestem tak bardzo wściekła w czasie tej rozmowy, że chyba było to widać chociaż starałam się mówić spokojnie i rzeczowo. Oniemiałam. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, o co tu chodzi? Minęło kilka tygodni, a my jesteśmy w punkcie wyjścia. Zrobiłam wszystko, co przewidują nasze procedury i nie mam wpływu na nic więcej. Reszta nie zależy ode mnie. I wtedy zrozumiałam: chce mnie zatrzymać poprzez przeciąganie transferu, żebym ogarnęła jeszcze cały ten przed wielkanocny bajzel! Odeszło właśnie dużo osób i to takich kluczowych, które naprawdę pracowały a nie tylko markowały robotę i pub się znalazł chwilowo w czarnej dupie.

Od tego momentu przestaję z nim rozmawiać, a zaczynam pisać do niego oficjalne maile. Z nazwami, datami i wszelakimi numerami. Jest mi bardzo przykro. Byłam dobra do dnia, w którym powiedziałam, że odchodzę. Od tego momentu poczułam jakbym przestała istnieć i chciano, żebym jak najszybciej zeszła z pola widzenia.

W końcu wyszły te maile z zapytaniem. Wiem to, bo dostaję wydruk. Na drugi dzień jeden z kolegów RR informuje go, że przyszła odpowiedź. RR wymusza na nim, żeby wydrukował nam tę ofertę. Mail jest enigmatyczny, ale daje nam nadzieję, że transfer się powiedzie. Bardzo potrzebujemy tego, bo zaczynamy finalizować wynajęcie domu i zbieramy odpowiednie dokumenty. Jeden z agentów życzy sobie potwierdzenia transferu pracowniczego, a my nie wiemy, ile to jeszcze potrwa. Na wydrukach maili sprawdzam jak szybko przyszła odpowiedź, że nas chcą.

Po dwunastu minutach.

W trakcie zawirowań z transferem pracowniczym wypowiadamy umowę dotychczasowego mieszkania i szukamy odpowiedniego domu. Po zawężeniu kryteriów okazuje się, że wcale nie ma ich tak dużo. Umawiamy się z agentami na obejrzenie pięciu domów w ciągu jednego dnia. Zdjęcia zdjęciami, ale osobistej wizyty nic nie zastąpi. Znowu podróż do Doncaster. Przygotowujemy się tak, żeby od razu podpisać umowę najmu. Transfer pracowniczy ciągle mamy niepotwierdzony, ale postanowiłam sobie, że nic i nikt mnie nie zatrzyma. Najwyżej po prostu wyjdę z pracy w wyznaczonym ostatnim dniu i więcej do niej nie wrócę. Piłka jest po stronie mojej firmy. Jeżeli tego nie zrobię, któregoś dnia nie wstanę z łóżka. Znam aż za dobrze swoje objawy depresji. Do wykonywania codziennych zajęć siłę daje mi już tylko jakiś dziwny rodzaj mściwej satysfakcji, że tak się do mnie przyzwyczaili, tak przywykli, że przez pięć dni w tygodniu nie muszą się niczym zajmować i sprawdzać czy wszystko jest zrobione na sali, że gdy mnie zabraknie, będą płakać.

Jedna z agencji odwołuje spotkanie na dwa dni przed naszym wyjazdem, ta, która chciała potwierdzenia transferu pracowniczego.  Zostają cztery domy. Po przyjeździe na miejsce w jednej z agencji jeden dom właśnie zostaje wynajęty. Zostają trzy. Zaklinam rzeczywistość. Jeden z nich musi być ten nasz. Jesteśmy przygotowani finansowo i mamy potrzebne dokumenty. Zebraliśmy informacje na stronach agencji, co jest wymagane przy podpisywaniu umowy: paszport, NIN, wyciągi z konta bankowego za ostatnie pół roku, dane pracodawcy i dane poprzedniego landlorda do referencji, dowody wypłat pensji za ostatnie pół roku, dane osoby do powiadomienia w razie naszej śmierci, która musi mieszkać na terenie Wielkiej Brytanii. Wszystkie te wyciągi uzyskuje się bardzo prosto i szybko – wystarczy je wydrukować sobie od ręki z konta bankowego albo profilu pracowniczego.

Właściciel agencji, miły starszy pan zawozi nas samochodem do pierwszego potencjalnego domu. Po drodze zdradza nam, że bardzo lubi pokazywać domy ludziom przeprowadzającym się z Londynu, bo oni zawsze bardzo się cieszą i wołają przy oglądaniu: Jak dużo miejsca! Ale ja już po drodze wiem, że to nie to. Jest za daleko położony od miejsca naszej pracy. Styczniowy rekonesans i rozglądanie się po mieście na coś się przydało. Dom jest ładny, ale wymagałby od nas dużych inwestycji, bo jest praktycznie pusty. Drugi dom leży w idealnej odległości, jest świeżo wyremontowany, ma urządzoną łazienkę i kuchnię. Jest ogród. Bierzemy go. Odwołujemy oglądanie trzeciego domu w jeszcze innej agencji. Wracamy do biura dopełnić formalności. Wypełniamy formularze, wpłacamy prowizję, przekazujemy wszystkie przywiezione dokumenty. Nasze rekomendacje, karalność i zdolności płatnicze będzie sprawdzała zewnętrzna firma. Po powrocie do domu dostajemy drogą mailową prośbę o wypełnienie jeszcze jednego formularza. Na trzeci dzień przychodzi email, że wszystko w porządku. Umowa czeka już tylko na nasze podpisy. Wpłacamy kaucję i pierwszy czynsz. Dom jest nasz.

W trakcie pobytu w Doncaster przychodzi potwierdzenie mojego transferu. RR dostaje go dopiero po mailowej kłótni z menadżerem tydzień później na kilka dni przed przeprowadzką.

Myślałam, że wynajęcie domu będzie nastręczało trudności. Naczytałam się o różnych przypadkach, wymaganiach agencji i kłopotach z landlordami. W naszym przypadku wszystko przebiegło bardzo sprawnie i szybko. To, co uważałam za formalność w pracy przysporzyło nam wiele siwych włosów.

I nastąpił ostatni dzień, w którym poszłam do pracy. Wszystkie swoje obowiązki wykonałam jak zwykle – z największą starannością. Ostatni raz położyłam palec na czytniku robiąc clock-in. Po raz ostatni wzięłam niebieską ściereczkę do wycierania stołów. Po raz ostatni podawałam jedzenie i sprzątałam po gościach. Po raz ostatni ustawiłam porządnie stoły i krzesła, uzupełniłam sosy, zdmuchnęłam świece i zrobiłam clock-out. Przeszłam się po całym pubie, cichym i pustym żegnając się z nim. Dał mi przecież wiele satysfakcji i uznania, dzięki pracy w nim mogłam żyć, podróżować i spełniać marzenia.

Chciałam powiedzieć good bye i po cichu wyjść, jak zawsze. Ale kiedy zeszłam o drugiej w nocy na dół ze swoimi rzeczami zastałam szampany ustawione wśród kieliszków w kształcie serca, prezent i kartkę na pożegnanie i ich wszystkich ze łzami w oczach dziękujących mi za ciężką pracę. Zrobiło się tak miło, że… aż zachciało mi się zostać.

Dwadzieścia osiem godzin później wchodziłam po całodziennym i całonocnym pakowaniu na londyński dworzec St. Pancras znów trzymając bilet w jedną stronę do lepszego życia.

 

Kryzys dopadł mnie już w nowym domu, ale o tym c.d.n.

Written by Róża Wigeland