Nie spaliśmy tamtej nocy zajęci pakowaniem. Źle obliczyłam czas potrzebny na tę czynność. Wydawało mi się, że nie mamy aż tak dużo rzeczy. Wcześniej spakowałam niewiele, bo miejsca na ustawienie kartonów i skrzynek czy opróżnionych i rozkręconych mebli nie było w tamtym mieszkaniu prawie wcale. Poza czynnikami natury przestrzennej ostatni tydzień przed opuszczeniem mieszkania jestem tak sparaliżowana obawami i lękiem, że i tak nie jestem w stanie nic sensownego zrobić. Chodzę tylko do pracy, a czas w domu spędzam na oglądaniu serialu. Kilka sezonów po kilkanaście odcinków każdy. W rzadkich chwilach rozsądek bierze górę nad lękiem, zaczynam coś pakować, by po chwili usiąść, objąć się ramionami i patrzeć tępo w ścianę lub na życie toczące się za oknem.

W to pakowanie naszego dotychczasowego życia wpadają jeszcze dwie przyjaciółki domu z prezentem na pożegnanie. To duża ramka ze zdjęciami ze wspólnie spędzonych chwil i karteczka: „Jak miło było cię spotkać.” Niby nic, kilka słów napisanych długopisem i włożonych w ramkę, a mają w sobie tyle mocy, że ta chwila zostanie ze mną na zawsze. Ekspres i filiżanki jeszcze nie są spakowane, więc w tym bałaganie wypijamy naszą ostatnią wspólną kawę.

Rano, na londyńskim dworcu St. Pancras w „naszej” kawiarence zjadamy po croissancie i wypijamy po kolejnej kawie. W naszych żyłach płynie chyba wyłącznie kofeina. Siedzimy w milczeniu, zmęczeni, niewyspani, ale i podekscytowani przed naszą kolejną wyprawą w życiu. Proces zmiany jeszcze się nie zakończył.

Po przyjeździe na miejsce swoje kroki kierujemy do agencji nieruchomości, by złożyć podpisy na przygotowanej umowie i odebrać klucze. Nie ma naszej pani, z którą załatwialiśmy dotychczasowe formalności. Karolina miała nam wyjaśnić co zrobić, by w domu był prąd i gaz. Z tego co mówiła, trzeba gdzieś coś doładować. Ale na razie czytamy umowę. Dużo tego. Ja sprawdzam tylko najważniejsze punkty, RR musi sprawdzić każde zdanie i dopytać o wszystko.

Okazuje się, że musimy sami sobie wybrać dostarczyciela gazu i prądu i sami sobie to wszystko załatwić na infolinii. O matko i córko! Jesteśmy gotowi nie podpisać tej umowy, bo nie tak wyobrażaliśmy sobie przygotowanie domu do wynajmu. Po prostu nie wiemy, jak to zrobić. Agencja umywa ręce, bo nie bierze odpowiedzialności za nasze przyszłe stawki i opłaty. No to szach mat. Co dalej? Siedzimy i patrzymy na siebie. Za nami walizki ze śpiworami i rzeczami na przetrwanie pierwszej nocy w nowym domu, ale nie bez prądu i ogrzewania! Woda podobno jest.

W to wszystko delikatnie wtrąca się pan w roboczym uniformie kręcący się po biurze. Pan Arek świadczy usługi remontowo-budowlane dla landlordów z polecenia agencji nieruchomości i nieśmiało proponuje nam, że może pomóc. Obiecuje załatwić dla nas tę infolinię. Przede wszystkim odkrywa, że na rachunkach domu widnieje jakiś dług i agencja musi go wyzerować. Zawozi nas swoim samochodem z walizkami do domu i dzwoni na odpowiednie infolinie dostarczyciela gazu i prądu. Rejestruje nas czy co tam się robi. Podobno po kilku godzinach mają przyjść esemesem jakieś kody, trzeba doładować jakieś konta i wszystko będzie grało i hulało.

Tymczasem idziemy coś zjeść. Jest już popołudnie, a my na kawie i croissancie. Dostajemy smsa dosyć szybko. Wracamy do domu i zaczynamy działać. To znaczy RR zaczyna działać, bo mnie ból głowy po prostu ścina z nóg. Łykam wszystko co mam przeciwbólowego, czyli niewiele, raptem kilka tabletek, ubieram ciepłe dresy, skarpety, podkoszulki, rozkładam sobie śpiwór na podłodze i po prostu padam. Jest mi wszystko jedno, może nawet wybuchnąć wojna, nie mogę z bólu otworzyć oczu. Rozważam jeszcze przez chwilę wariant z hotelem na tę jedną noc, ale nie ma mowy, żebym podniosła się i przeszła nawet kilka kroków do taksówki. Docierają do mnie tylko strzępki rozmów telefonicznych RR w nocy, jak się wykłóca o przysłanie inżyniera. Prądu i ogrzewania w dalszym ciągu nie mamy. Jest druga połowa marca i zimno jak cholera.

Kiedy budzę się rano, jest mi jeszcze niedobrze od przeżytego bólu, nie mogę poruszać twarzą. Ogarnia mnie obawa, czy nie miałam jakiegoś paraliżu. Po chwili daję jednak radę wstać i poruszyć ustami. Prąd już mamy, gazu jeszcze nie. O szóstej rano był inżynier z British Gas, ale stwierdził, że wszystko jest w porządku. Blokadę mamy w naszym domu. O ósmej rano przyjeżdża fachowiec od gazu z agencji i zdejmuje blokadę. Okazało się, że założył ją, jak montował nową kuchnię i nikt mu nie zgłaszał, że powinien ją usunąć. Ustawia nam piec i ogrzewanie zaczyna działać. Pierwsza noc w nowym domu za nami. Mało komfortowa to mało powiedziane.

Ale to nic, przeżyliśmy i cieszymy się, że wszystko już działa.

RR jedzie z firmą przeprowadzkową po kolejnej nieprzespanej nocy, bo walczył na infoliniach o prąd i gaz, oddać klucze od mieszkania i pomóc przy załadunku naszych rzeczy. Po południu będziemy już mieć wszystko w komplecie. To znaczy nie wszystko. Ja w tym czasie włączam laptopa i finalizuję transakcję łóżek, kanapy i pralki, bo to musimy kupić do nowego domu jako pierwsze. Meble i sprzęty powinny przyjechać do końca tygodnia. Zdążymy sobie wszystko umeblować, urządzić i przeżyć Wielkanoc w nowym już domu. Ja do pracy idę w wielkanocny poniedziałek, RR dopiero tydzień później, mamy więc czas na cieszenie się i urządzenie nowego miejsca. Zamawiam jeszcze i płacę za kosze na śmieci w counsilu, bo brakuje dwóch na naszej posesji. Jest niebieski do papieru i mały zielony do szkła, a powinniśmy jeszcze mieć duży zielony do śmieci z ogrodu i czarny do odpadków wszelakich.

Wieczorem przyjeżdża RR z naszymi rzeczami. Pod koniec tygodnia mamy również nowe łóżka i pralkę. Jest wielkanocna sobota. Cieszymy się, że za chwilę wniesiemy łóżka na piętro do naszych sypialni i w końcu wyśpimy się normalnie.

Otóż nie, nic z tego, nie wnieśliśmy łóżek.

Jedno jest podwójne, jedno pojedyncze. To podwójne składa się z dwóch skrzyń z szufladami, materaca i wezgłowia, to pojedyncze to skrzynia z szufladami, materac i wezgłowie. I te skrzynie za cholerę nie przechodzą przez schody wiodące z kuchni na parterze na piętro. Żadna! Ani ta mniejsza, ani tym bardziej większa! Odkręcamy balustradę na schodach, wyjmujemy z zawiasów drzwi. Na klatce schodowej jest półka-pawlacz i skrzynie opierają się o nią i o lekko zakręcone w tym miejscu schody. Próbujemy na wszelkie sposoby przez kilka godzin. Sprawdzamy czy nie da się rozkręcić skrzyń. Nie da się. Są tak zrobione, że materiał obiciowy jest założony na całość. Zdejmując go uszkodzilibyśmy tkaninę. RR idzie do mojej sypialni i sprawdza czy nie dałoby się wciągnąć ich oknem. Nie bardzo wiem, jak sobie to wyobrażał? Że podam mu je z chodnika na pierwsze piętro? Otwiera okno szeroko i… okno się psuje. Nie daje się zamknąć z powrotem. Na dworze zaczyna padać śnieg. W wielkanocną sobotę w marcu w Anglii!

Próbuję skontaktować się z kimś w rodzaju „złota rączka” i poprosić o przyjazd i jakąś pomoc, ale wszyscy już świętują. Świat zamarł, nikt nie pracuje. Po dwóch godzinach RR udaje się naprawić okno na tyle, by jakoś je zamknąć.

Nie wiemy, co zrobić dalej. Nie możemy zatrzymać tych łóżek. Siadamy do komputera i zaczynamy proces zwrotu zakupu. Podajemy prawdziwą przyczynę obawiając się, czy ktoś nam uwierzy. Zwrot sklep przyjął, ale musimy dostarczyć na własny koszt. To jeszcze nie problem, wzięlibyśmy tę samą firmę, która robiła nam przeprowadzkę. Problemem jest numer trackingowy. Ten nadają tylko firmy kurierskie. Tylko jak odesłać siedem ogromnych elementów, które nijak się mają do wielkości paczek wożonych przez DHL czy DPD? I ile to będzie kosztowało? Nie mogę nawet sprawdzić, bo nie wiem jak je zważyć, ale przypuszczam, że może kosztować więcej niż zapłaciliśmy za nie. Przez chwilę rozważam nawet spalenie ich w ognisku w ogródku, ale tak naprawdę jesteśmy bezradni.

Myślimy…

RR znajduje w internecie firmę AnyVan zajmującą się przewozem i transportem prawie wszystkiego na terenie Wielkiej Brytanii. Łózka kupiliśmy na szczęście niedaleko na terenie Yorkshire, więc transport z powrotem nie jest zbyt kosztowny. Problemem jest numer trackingowy, którego firma nam nie poda. I tutaj doszła do głosu nasza polska mentalność, która wielokrotnie już na emigracji utrudniła nam zwyczajne codzienne życie. Boimy się, że brak numeru śledzenia przesyłki firma wykorzysta przeciwko nam jako niedopełnienie formalności i nie będzie chciała zwrócić niemałych kosztów zakupu. Pochodzimy z kraju, gdzie każdy każdego chce oszukać, wykorzystać lub okraść i nie pozbędziemy się już naszych obaw chyba nigdy. Upewniamy się tylko dwukrotnie mailowo pod jaki adres należy je zwrócić i zamawiamy firmę transportową. Niech się dzieje wola nieba. Musimy się pozbyć tych łóżek zajmujących nam cały salon. Zapakowuję je z powrotem przygotowując do wysyłki. Piszę na każdą część adres odbiorcy, zapominam o adresie nadawcy. RR zwraca mi na to uwagę, a ja w tym momencie się rozsypuję. Zaczynam płakać rzucając wszystkim co mam pod ręką. Jestem potwornie zmęczona całym tym procesem, obawami, stresem i daję temu wyraz. Głośny wyraz. Czuję, że za sekundę położę się i nie wstanę. Ogarnia mnie potworna niemoc, że nie dam rady. Że to koniec. Że nie będę w stanie zrobić już nic więcej.

Nie mamy nikogo, do kogo można by się zwrócić o pomoc, o radę. Jesteśmy w obcym domu, w obcym mieście, w obcym kraju, załatwiamy wszystko w obcym języku, gdzie jedno słowo ma wiele znaczeń. Nie mamy tutaj żadnego sąsiada, wujka ani ojca, który mógłby wskoczyć do samochódu i przybyć z pomocą. Bliscy są daleko, a my podjęliśmy kiedyś decyzję, by zbudować swoje życie od początku. I ta decyzja ma swoje konsekwencje w postaci momentów poczucia bezsilności, złości i łez.  I nie, nie zdarzy się żaden cud. Nikt nie zapuka jak w amerykańskim filmie i nie zapyta, czy wszystko okej. Jesteśmy w tym wszystkim przeraźliwie sami.

I w tej swojej samotności (bo RR wyszedł z domu przeczekać moją furię) siedząc wśród tych łóżek, które nijak nie dały się przetransportować na ich miejsce przeznaczenia w naszych sypialniach, pomyślałam co się stanie, gdy pozwolę przejąć komukolwiek kontrolę nad swoim życiem? Kim już nie będę, a kim mogę zostać? Co jeszcze mogę osiągnąć? Co straciłam, ale co mogę jeszcze zyskać?

I może płakałabym dłużej, ale przypomniałam sobie coś co powiedział kiedyś pewien filozof:

Mamy dwa życia. To drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że mamy tylko jedno.

Wstałam. Wytarłam twarz. Napisałam i nakleiłam jeszcze raz kartki z adresami.

I na nowym łóżku w swojej sypialni spałam już kilka dni później, bo c.d.n.

Written by Róża Wigeland