Kiedy umierają marzenia…

To nie śmierć wyrządza nam największą szkodę w życiu. Największą szkodę wyrządza nam to, co umiera w nas za życia – powiedział Norman Cousins
Ile planów zostało zarzuconych w połowie realizacji? Ile marzeń pozostało w sferze myślenia – może kiedyś? Ile pragnień poszło się paść? Tyle rzeczy, istnień i miejsc  mogło powstać, gdyby podjąć trochę wysiłku. Trudno przechodzi się obok zaprzepaszczania marzeń. Szkoda mi ich. Nie macie żadnej gwarancji na powodzenie swoich planów i ja wam jej też nie dam. Nikt wam jej nie da. Sami sobie też jej nie dacie. Możecie tylko wierzyć w siebie i w to, że decyzja raz podjęta jest słuszna.

Spełnione marzenia i osiągnięte cele smakują wybornie. Jak? Tak jak smakuje sukces. Przede wszystkim bardzo długo. Można z nich wykrzesać siłę do realizacji następnych celów. Można czerpać entuzjazm i środki do pomagania i tym najbliższym i tym zupełnie przypadkowo postawionym na naszej drodze ludziom. To niezwykła satysfakcja biorąca się z przekraczanie granic własnego umysłu i pokonywanie wytrzymałości ciała.  To również siła, którą daje pewność dzięki nabytej przy tej okazji wiedzy. A to wszystko przekłada się na lepszy poziom życia.
Nie jestem od was ani lepsza, ani gorsza. Jestem dokładnie taka jak każdy z was. Od niektórych gorzej wykształcona, od niektórych brzydsza, od niektórych z was lepiej gotuję. Ale tak naprawdę niczym szczególnym się nie różnię. Też chcę być szczęśliwa, kochana, chcę być dobrą matką, siostrą, przyjaciółką i chcę wierzyć w obietnice wypisane na opakowaniu kremu przeciwzmarszczkowego. Chcę sobie radzić jakoś w życiu mając pracę dobrze płatną i lżejszą od snu. Świetnie, jeżeli ma mnie kto wspierać, mam kochającego partnera czy przyjaciółkę na którą mogę liczyć. Ale jeżeli tego nie mam, to co? Mam położyć się i umrzeć? Kiedyś próbowałam – nie udało się.
Tak naprawdę, te najważniejsze decyzje w życiu zawsze i tak podejmuje się w samotności. Bez partnera i przyjaciółki, a czasami nawet wbrew ich radom.
Rezygnacja z planów i marzeń zawsze boli, dlatego trzeba ją jakoś usprawiedliwić. Najlepiej innymi ludźmi.  Oby tylko wam było z tymi decyzjami dobrze. Bo jeżeli zrobiliście to pod wpływem zdania innych, a nie własnych przekonań, to wcześniej czy później poczujecie się z tym źle. A kiedy to sobie uświadomicie, będzie już tylko gorzej.
Czasami macie już swój plan na życie i zmiany w nim, ale coś wam przeszkadza. To choroba rodzica, sprzeciw dziecka lub babci, podszepty znajomych i przyjaciół, że chyba wam się w głowach poprzewracało. Rodzina wymusza na was wygodne dla siebie zachowania grając na waszych uczuciach, emocjach i poczuciu odpowiedzialności. Ktoś wami zaczyna manipulować w pracy i wtłaczać w nowe obowiązki, z których chcecie się wywiązać  – tyle powodów ile was. Rzeczywistość, w której się obracacie i żyjecie upomina się o waszą obecność, uwagę i starania. Myślicie – jeszcze tylko to ogarnę, a potem wezmę się za swoje plany i marzenia. Ale po załatwieniu „tego”, przychodzi jeszcze „tamto” i jeszcze „coś”, a wy tracicie zapał i siłę. Wasze plany przestają być ważne. A nie są to przecież najczęściej plany pod tytułem czy pojechać na Ibizę czy Majorkę (chociaż dlaczego nie?), tylko czym zapłacić rachunki, za co zapełnić lodówkę, skąd wziąć na lekarstwa czy na własną rehabilitację, jak zarobić te dodatkowe kilkaset złotych, żeby złożyć pozew o rozwód.
Zapominacie w codziennym kieracie, że to wy w waszym życiu jesteście najważniejsi. Że jak nie będzie wam dobrze i dostatnio, to nie będziecie mogli ani pomóc swoim dzieciom wystartować w dorosłość, ani rodzicom dożyć starości, ani przyjaciołom pożyczyć pieniędzy kiedy wydarzy się u nich coś nieprzewidywalnego. Bo będziecie słabi i stłamszeni. Staniecie się zgorzkniali, pełni pretensji do świata i ludzi i narzekający na swój los. Bo o swoim losie pozwoliliście decydować czyjejś chorobie, czyimś sprzeciwie i czyimś argumencie przeciwko waszym planom. Rodzic wyzdrowieje, babcia niebawem odejdzie z tego świata, a znajomy znajdzie sobie innych przyjaciół. Te dzieci, które teraz nie są zadowolone z waszych planów i decyzji za kilka lat odejdą z domu i pójdą na swoje. Ale teraz uczą się od was, że nie warto walczyć o własne szczęście, bo i tak los za nie o wszystkim kiedyś zdecyduje. Tak jak za was teraz.
Czy wam się uda spełnić wasze plany i marzenia? Nie wiem. Wy też nie wiecie. I nie dowiecie się, póki nie sięgniecie po swoją gwiazdkę z nieba. A jak się nie uda? No własnie! Co się stanie, jak za którymś nawet razem się nie uda? Co może się stać, gdy usłyszycie nie? Usłyszycie nie. Tylko tyle. To nie zabija. To tylko słowo. Spróbujecie jeszcze raz. Albo zawrócicie do punktu wyjścia i przygotujecie się lepiej do następnej drogi, bogatsi o doświadczenia z popełnionych błędów i wyciągniętych wniosków. Porażki nie są jeszcze karane. I tak do skutku. Aż osiągnięcie cel.
Swój cel.
Skąd brać na wszystko siłę? Wcale nie trzeba jej znikąd brać, bo ona jest w was. Jesteście nią wypełnieni. Pomyślcie, ile umiecie, ile już dokonaliście, z iloma sprawami na pozór nie do załatwienia daliście sobie radę robiąc coś dla innych – dla swoich dzieci, rodziców, przyjaciół i współpracowników. Ktoś wam dawał na to siłę i chęci do działania? Nie. Musieliście ją wykrzesać z siebie. Zmusić się by wykonać do kogoś telefon, wybrać się do jakiegoś urzędu, nauczyć się obsługiwać nowe urządzenia, przeprowadzić trudną rozmowę, znaleźć dojście do jakiegoś wybitnego lekarza… Wzięliście ją sobie sami. Z siebie.
A na własne plany i marzenia o dobrym życiu szkoda wam wysiłku?
Written by Róża Wigeland