Gastronomia po polsku

Takiego nagromadzenia pięknego designu, czystości, zapachów dobrego jedzenia i pogardy dla płacących za to ludzi nie doświadczyłam od dawna.

Odkąd wyemigrowałam z kraju nie miałam właściwie czasu i sposobności by przejść się po gastronomicznych polskich lokalach i doświadczyć ich oferty. Na urlopy wybierałam się gdzie indziej, a pobyty w Polsce to było właściwie załatwianie różnych spraw, a nie czas na odpoczynek. Co prawda bywając w brytyjskich kawiarniach i restauracjach, w większości identycznych, tęskniłam do klimatycznych polskich lokalików, ale powoli zapominałam o ich istnieniu nie mając ich na co dzień.

Dłuższy pobyt na polskim wybrzeżu pozwolił mi pozaglądać tu i ówdzie i… zachwycić się na nowo.

Te kolory obrazki, serwetki i bieżniki dobrane do odcieni kotar, krzeseł i poduch. Te wszystkie flakony, cukierniczki i słoiki do sztućców, gdzie każdy szczegół jest przemyślany, wkomponowany i nieprzypadkowy. Ta sącząca się miękko muzyka z niewidocznych głośników dobrana często do pory dnia i motywu przewodniego danej restauracji. Te wszystkie ciasteczka i czekoladki dodane do każdej kawy i herbaty. Te desery finezyjnie ułożone i ozdobione. Nie robiłam zdjęć zawsze i wszystkiemu. To co widzicie poniżej to tylko mały wycinek tego, czego doświadczyłam w Ustroniu Morskim, Kołobrzegu i Dźwirzynie. Bywałam w lokalach o różnym standardzie: od luksusowych restauracji po zwykłe stoiska z goframi czy lodami i wszędzie było bardzo, bardzo czysto. Może to zasługa tego, że właściwie było już poza sezonem i personel miał więcej czasu na dopieszczenie i posprzątanie wszystkiego? Myślę jednak, że ta higieniczność i troska o każdą najdrobniejszą rzecz w wystroju wnętrza lokalu ma miejsce zawsze. To było widać i czuć.

Chylę czoło. Chapeau bas!

Brytyjczycy powinni przyjechać do Polski nad Bałtyk i zobaczyć, jak mogą wyglądać restauracje i kawiarnie, ale przyjeżdżając i korzystając z usług lokali wszelakich mogą być bardzo zaskoczeni poziomem obsługi przez personel.

Bo z takim traktowaniem mnie jako klientki i gościa też się dawno nie spotkałam. To skanowanie oczami naszych sylwetek od wejścia mówiące: warto przy nich poskakać czy nie? To lekceważenie nas i ociąganie się z podejściem z kartami menu przy pustej sali i brak zwykłego „dzień dobry” czy „miło było państwa gościć u nas” przy wyjściu. To czekanie, aż pracownica skończy prywatną rozmowę telefoniczną o swojej pracodawczyni, a na moje „przepraszam, chcę o coś zapytać” usłyszane: „chwileczkę!”. To szukanie personelu i dopominanie się o uwagę, bo chciałabym w końcu zapłacić. Ten ton głosu, w którym pobrzmiewa pretensja do mnie, że ten ktoś za ladą musi tu być i pracować. Ta mowa ciała aż krzycząca „nie chcę tu być…”

Mogłabym jeszcze długo.

Odnoszę wrażenie, że całkiem sporo ludzi pracuje w polskich lokalach gastronomicznych w celu odbycia jakiejś kary. Nie wiem, ale być może sądy wydają takie wyroki: za przejście przez ulicę w miejscu niedozwolonym lub picie alkoholu w miejscu publicznym kara w postaci pracy w wymiarze dwustu godzin przy obsłudze gości w kawiarni. Broń boże społecznie! Pensja od pracodawcy i nagroda od gości w postaci napiwków.

Od razu zaznaczam, że nie było tak zawsze i wszędzie. Były bardzo miłe miejsca. Od wejścia czuliśmy, że jesteśmy mile widziani i nie mówię tutaj o jakimś nadskakiwaniu i służalczości. Zwykłe dzień dobry z uśmiechem, miły ton głosu, jakaś informacja, gdzie możemy usiąść czy „proszę usiąść do stolika, podamy państwu za chwilę, bo mamy akurat dużo zamówień” w zupełności wystarczyły, by poczuć, że jesteśmy mile widziani. Napiszę jeszcze o szczególnych miejscach oddzielnie.

Ale czasami…

W trakcie spaceru nad Bałtykiem poszliśmy z RR wypić kawę w piękne, luksusowe i klimatyczne miejsce słuchając szumu fal i miłej tanecznej muzyki. Kawiarnia na molo, z samoobsługą. Jedna pani przyjmowała zmówienia i pieniądze za kontuarem, druga robiła kawę, dwoje młodych ludzi kręciło się sprzątając po gościach lub stojąc i rozmawiając ze sobą. Zamówiłam dwie kawy uprzedzając, że chciałabym dostać takie w największych filiżankach. Po zapłaceniu i otrzymaniu paragonu pani oznajmiła, że czas oczekiwania na kawę wynosi 8-9 minut i mam na kawę zaczekać z tym paragonem przy kontuarze. Ustawiłam się więc w drugiej kolejce. I przez 15 minut obserwowałam pracę personelu i innych klientów. Do lady podeszła starsza kobieta z pytaniem:
– Czy otrzymam kawę z ekspresu?
– Jak pani widzi, to jest kawiarnia.
– Ale robicie kawę z ekspresu?
– Zawsze w kawiarni jest kawa z ekspresu – pani właściwie nie chciała odpowiedzieć na proste pytanie.

A wystarczyło:
– Tak, mamy kawę z ekspresu. I dodać uśmiech, albo zapytać: – Jaką pani lubi? Albo: – Jaką pani podać?

Kobieta poczuła się źle. To było widać po mowie ciała. Była niezdecydowana, czy wrócić do stolika, czy jednak zamówić. Postanowiła jednak poprosić o kawę. Pani zadała kilka pytań jaka ma być ta kawa: biała? czarna? Babcia coś wybrała i podała pieniądze dziewczynie w miejscu, w którym z nią rozmawiała, a kasa była dwa metry dalej. I paragon z resztą pieniędzy obsługująca dziewczyna położyła przy kasie, podeszła do stojącej babci i poinformowała ją, by wzięła stamtąd swoją resztę. Starsza pani nie wiedziała, co dalej i dlaczego tej kawy nie dostaje. To ja podpowiedziałam, co zrobić i gdzie zaczekać. Pracownica obsłużyła jeszcze mężczyznę, który zamówił kawę wtrącając słowo po niemiecku. Zapytała go, czy pan mówi po niemiecku. Pan chyba nie dosłyszał przez muzykę pytania i naraził się na zniecierpliwienie pracownicy. Też poczuł się niekomfortowo, bo zawahał się i przez chwilę nie wiedział właściwie czego pracownica od niego chce. On chciał tylko dwie kawy, co wyraźnie wyartykułował. Nie chciał rozmawiać po niemiecku. Tylko jedna pracownica robiła kawę i czas oczekiwania się wydłużał, ale żadna osoba z pozostałego nic nierobiącego personelu nie pomogła jej w przygotowywaniu. Nie byli od tego?

Zrobiło mi się żal tej starszej pani. Zdaję sobie sprawę z tego, że za jej życia, ba! za mojego życia kawiarnie w Polsce bardzo się zmieniły. Przeszliśmy od podawania zalewanych fusów w szklance z metalowym uchwytem albo na spodeczku, do włoskich ciśnieniowych ekspresów i kilkunastu rodzajów kaw o różnej zawartości wody, kawy i mleka z syropami smakowymi, posypkami i co tam jeszcze fantazja ludzka podpowie. Ta starsza pani wolała się tylko upewnić, czy dostanie taką kawę, na jaką miała ochotę. A pracownica jest od tego, by na pytanie klientki odpowiedzieć. Nawet, jeżeli jest to setne pytanie tego dnia. Tak jak i tłumaczenie, że espresso i kawa z ekspresu to nie jest to samo. I nie powinna poprawiać i naśmiewać się z ludzi, gdy wymawiają „ekspresso”. Co innego heheszki na zapleczu, a co innego komentowanie dochodzące do uszu gości. Pracownicy są od tłumaczenia, odpowiadania na pytania, podawania, przynoszenia, sprzątania po gościach i sprawiania, by ta kawa wypita przez starszą panią (za ciężkie zresztą pieniądze) na molo przy kojącym szumie fal była wspominana do końca niedługiego być może życia. Bo może, by wypić tę kawę w tym miejscu i za taką kwotę, ci ludzie jechali kilkaset kilometrów i oszczędzali wiele dni, a opryskliwa pracownica z fochem jak Bałtyk głęboki właśnie tę przyjemność zepsuła w kilka sekund.

Naprawdę nie wiem, skąd w personelu taka pogarda dla każdego, kto nie jest piękny, bogaty i młody i nie zamawia sojowego latte posypanego różową czekoladą. Skoro nie lubią ludzi i takiej pracy, dlaczego się w niej tak męczą?

Po piętnastu minutach dostałam swoje kawy, ale zupełnie nie takie. Prosiłam przy zamówieniu o kawę w jak największych filiżankach, a otrzymałam w małych, takich do lavazzy. I żadne moje prośby o zamianę filiżanek, dolanie wody, dorobienie kawy – cokolwiek! Nie zostały uwzględnione. Usłyszałam, że takie mają standardy i już! Duże filiżanki są potrzebne do innej kawy i co ona zrobi, jak przyjdą ludzie i będą chcieli latte? I co by to było jakby każdy chciał co innego?! Po chwili pracownica totalnie mnie olała i zaczęła obsługiwać innych klientów.

No właśnie? Co by się takiego złego wydarzyło,  gdyby każdego klienta obsłużyć według jego potrzeb i upodobań z produktów i naczyń, które są dostępne w danym lokalu, bo i filiżanki duże stały na ekspresie i wody gorącej było pod dostatkiem, a i pieniędzy w moim portfelu by zapłacić za podwójną kawę i odwdzięczyć się napiwkiem za dodatkowe uwzględnienie mojego życzenia nie brakowało.

Co by się działo, gdyby w tych wszystkich pięknych, klimatycznych wnętrzach z pysznymi daniami, deserami i kawami obsługa była miła, kompetentna i wiedziała, że to oni są tutaj dla ludzi, a nie ludzie przychodzą po to, by oni mogli odbyć swoją karę?

Niedawno usłyszałam jak Polka polecała swojemu towarzyszowi jakieś nadmorskie miasto na odpoczynek: „Ładne zabytki, morze, plaża, atrakcje i zobaczysz, jak wygląda białe społeczeństwo.”

Może i ja mogłabym z czystym sumieniem polecać polskie wybrzeże Brytyjczykom jako miejsce na wakacje? Gdyby każdy Polak (a jest nas tutaj ponad milion) zaprosił jednego Brytyjczyka, który zostawiłby w polskich w lokalach  gastronomicznych tylko 100 funtów, to robi się z tego kilkaset milionów złotych w polskich kieszeniach restauratorów, hotelarzy i kelnerów.

Skoro nie warto się uśmiechać i być uprzejmym gastronautą, to może chociaż będzie się to opłacało?

I żeby nie było wątpliwości: w lokalach ze zdjęć obsłużono nas bardzo dobrze.

 

 

 

Written by Róża Wigeland