Na pozór zwykła rodzina: on, ona i kilkuletnie dziecko. Przychodzą dość regularnie, rzadko bywają bez chłopca. Ale jeżeli już bawią się wieczorem, to staram się mieć z nimi jak najmniejszy kontakt, bo mam wrażenie, że oni kontakt z otaczającym światem mają znikomy.

Rodzinny pobyt zawsze wygląda tak samo. Przy stole ona pije czerwone wino, on piwo. Chłopiec siedzi bardzo spokojnie w wysokim dziecięcym foteliku i coś rysuje. Pod koniec pierwszej butelki wina dostaje coś do jedzenia. Zawsze jest to dziecięce danie z dodatkowym sokiem i owocami. Je bardzo długo. Tak długo, że mała porcja makaronu zdąży wystygnąć. Wołają mnie więc i proszą o podgrzanie. Chłopiec co chwila płacze, marudzi, wyraźnie nie chce jeść. Rodzice, a zwłaszcza ojciec powtarza dwa polecenia jakby zacięła się mu się w gardle płyta. Że ma przestać i ma to zjeść. Po kilka, kilkanaście razy. W trakcie karmienia, a właściwie wtłaczania w niego jedzenia dziecko zasypia.

Potem jest druga butelka wina dla niej i kolejne piwa dla niego. Jakieś dania dla nich i zgłaszanie zastrzeżeń do temperatury, konsystencji, stopnia upieczenia i wysmażenia. Zawsze coś jest nie tak, jak być powinno. Potem dziecko się budzi i musi dokończyć i sok, i owoce, i danie. Kiedy zaczyna głośniej płakać albo buntować się, rodzice przytrzymują je mocno za ręce. Zerkałam czasami na jego rączki, ale nie widać żadnych śladów. Rodzice i dziecko mają ciemną skórę, a ja nie wiem, jak na takim ciele widać siniaki. I czy w ogóle widać.

Przez kilka godzin nad stolikiem unosi się ciężka atmosfera składająca się z pretensji, płaczu, wymuszenia posłuszeństwa. Gdyby aura mogła przybrać kolor, byłaby stalowo szara. Podchodząc do nich czuję oblepiające mnie lepkie zimno tłumionej agresji i przemocy.

Wiele razy zastanawiałam się, co mogłabym zrobić i co powiedzieć. I każdy mój argument można łatwo podważyć. Że dziecko jest zaniedbane? Ależ skąd! Czyste, w ładnych ubrankach, ubrane stosownie do temperatury i aury. Dostaje do jedzenia zdrowy dziecięcy zbilansowany posiłek. Siedzi zapięte w stosownym krzesełku zapewniającym mu maksimum bezpieczeństwa. Nie biega po sali, nie przeszkadza. Że płacze i marudzi? No cóż, przecież dzieci często płaczą i marudzą. Mogę się co najwyżej narazić na zarzut, że dyskryminuję dzieci. Dziecko dostaje do zabawy kredki i malowanki, jest zaopiekowane. Rodzice piją przy nim alkohol? Ale nie ma przepisu zabraniającego takiego zachowania. Rodzice nie upijają się na tyle, żeby bełkotać czy zataczać się. Zawsze zachowują się właściwie. Nie są agresywni ani nie przeklinają, nie krzyczą na dziecko ani na siebie nawzajem. Jako personel nie mam prawa wyznaczać gościom ile mogą wypić i ile to jest już niestosowne. Muszę się stosować do obowiązującego mnie prawa  kraju, w którym przebywam i regulaminu pracy miejsca w którym pracuję. Dziecko je swoje danie dwie godziny? No cóż, może jest niejadkiem i rodzice muszą przypilnować, żeby w ogóle cokolwiek zjadło. Nawet dbają by cały czas posiłek był ciepły.  Nie podoba mi się ton głosu, jakim ojciec mówi do dziecka? A kim ja jestem, żeby oceniać i podważać metody wychowawcze? Zwłaszcza, że chyba należą do odmiennego kręgu kulturowego biorąc pod uwagę kolor skóry. A może to ja myślę stereotypami i jestem nietolerancyjna? Jestem tylko od podawania jedzenia i sprzątania stołu.

A ja wiem, że w tej rodzinie dzieje się źle. I jestem bezsilna.

 

Written by Róża Wigeland