Ataki terrorystyczne. Nie pytam czy będą

W środę, 22 marca terrorysta jadąc samochodem osobowym na Moście Westminsterskim w Londynie potrącał przechodniów. Zabił Amerykanina, który z żoną przyjechał do Londynu świętować 25-tą rocznicę ślubu i Brytyjkę, która szła odebrać dzieci ze szkoły. Zranił 40 innych osób. Rozbił samochód na ogrodzeniu parlamentu, a następnie na terenie Westminsteru zabił nożem jednego z policjantów. Terrorystę zabił ochroniarz polityka, który znalazł się tam tylko dlatego, że przywiózł go do parlamentu na głosowanie.  Tyle suche fakty.

www.telegraph.co.uk

Byłam w tym miejscu kilka razy. To taki absolutny must have, kiedy przyjeżdżają w odwiedziny rodzina i znajomi – zobaczyć Big Bena i Westminster. I muszę stwierdzić, że zamachowiec nie musiał mieć jakiegoś specjalnego planu ataku. Teren jest łatwo dostępny dla każdego. To serce Londynu, panuje tu niesamowity ruch.

Ludzi na chodniku jest mnóstwo, to łatwy cel. Wtargnąć na teren Parlamentu też jest stosunkowo łatwo.

Zastanawia mnie w tym wszystkim jedno. Dlaczego ten policjant strzegący wejścia do parlamentu dał się zabić? Dlaczego zamachowiec nie został odstrzelony wcześniej, jak tylko przekroczył linię ogrodzenia? Zabił jednego policjanta, przeszedł jeszcze kilka metrów, zaatakował drugiego policjanta i dopiero został zastrzelony przez przypadkowo znajdującego się w tym miejscu i czasie człowieka ochraniającego polityka. Gdyby nie on, wtargnąłby do parlamentu i wyciął w pień połowę brytyjskich parlamentarzystów? I w końcu coś co mnie absolutnie oburza: dlaczego ci, którzy mają chronić nie posiadają broni? Czym oni mają bronić dostępu terrorystów i innych szaleńców do najważniejszych ludzi w Wielkiej Brytanii? Własnym ciałem w kamizelce kuloodpornej i gołymi rękami?

Sami zresztą zobaczcie na poniższym zdjęciu, jak blisko można do nich podejść. To zdjęcie zrobiłam w otwartej bramie do Westminsteru. Policjanci stoją na wyciągnięcie ręki.

Teresa May po ataku powiedziała: „Jutro parlament spotka się normalnie, będziemy razem jak zwykle. Londyńczycy i ci którzy przybywają do tego wspaniałego miasta wstaną i będą żyć swoim normalnym życiem. Wsiądą do metra, wyjdą z hoteli i będą chodzić po tych ulicach, będą żyć swoim życiem. Pójdziemy dalej nie poddając się terrorowi.”

Wolałabym jednak chodzić po ulicach (myślę, że londyńczycy i turyści także) mając świadomość, że ci, co mają to miasto ochraniać mają coś więcej niż uprzejmość, wiarę, że ludzie są dobrzy i słowa o demokracji i wolności na ustach. I kredę, żeby w razie czego namalować swój ból i solidarność z bliskimi ofiar zamachu.

Czy tak na co dzień boje się tutaj żyć? Nie, nie boję się. A właściwie nie… wróć… Obawiam się to właściwsze słowo. Nie żyję z poczuciem zagrożenia i lęku, ale zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Tak samo jak wtedy, gdy wracam w nocy z pracy do domu, lecę samolotem czy widzę i słyszę naćpane, wrzeszczące i nieobliczalne indywiduum na stacji metra.

Ofiary ataku terrorystycznego zostaną opłakane i pochowane. Wybrzmią kondolencje i słowa łączenia się w bólu. Wypalą się świeczki i zwiędną kwiaty. Inne zdarzenia zajmą czas i miejsce w mediach. Życie toczy się dalej. Pora się do tego przyzwyczaić. Bo jak powiedział Sadiq Khan, burmistrz Londynu: „Groźba ataku terrorystycznego w dużym mieście jest częścią życia w dużym mieście”.

To się będzie zdarzać. W kontaktach telefonu mam więc numer na infolinię antyterrorystyczną  0800 789 321

 

Written by Róża Wigeland