21 Targi Książki w Krakowie

Po raz pierwszy byłam na Targach Książki, zarówno jako autorka jak i osoba korzystająca z oferty Targów. I to od razu na największych (podobno) w Polsce. I bardzo się cieszę, że zdecydowałam się przylecieć na to święto książki. Po tych tłumach, które widziałam i torbach z książkami, które ludzie wynosili nie wierzę, że czytelnictwo w Polsce jest znikome. Do tłumów jestem przyzwyczajona, więc ludzie mi nie przeszkadzali. Raczej cieszyli, bo to świadczyło tylko dobrze o całej imprezie.

Cieszyłam się na spotkanie z osobami z mojego Wydawnictwa Novae Res, które do tej pory znałam tylko z maili i rozmów telefonicznych. Nic nie zastąpi osobistego kontaktu, chwili rozmowy czy uściśnięcia dłoni. Nie nastawiałam się absolutnie na nic, ani dobrego, ani złego, po prostu chciałam zobaczyć, jak to się odbywa. Jestem więcej niż zadowolona, a powodów mam kilka. Po pierwsze – moje Wydawnictwo bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Novae Res miało stoisko w bardzo dobrej lokalizacji niedaleko wejścia widoczne z kilku stron i ładnie zaaranżowane. Książki sprzedawały się jak świeże bułeczki na co wpływ miała zapewne również ich promocyjna cena. Rzadko na jakimkolwiek stoisku ceny były tak niskie. Dodatkowo przy większych zakupach (np. trzech książek) dokładano fajną torbę z hasłem i logo. Zadbano również o miły kącik dla autorów ze stolikiem, wygodnym wysokim krzesłem, wodą do picia i kwiatami. Dla każdego autora do jego książki były odpowiednie zakładki. Swoją książkę podpisywałam w lepszych warunkach niż Katarzyna Bonda. Chapeau bas dziewczyny z Novae Res!

Nie spodziewałam się, że ktokolwiek kupi moją książkę w ciągu tych trzydziestu minut, które miałam zarezerwowane na stoisku Wydawnictwa i zwróci się do mnie o podpisanie jej. Pomyślałam nawet, że popilnuję stoisko, a dziewczyny wyślę na kawę. Nic z tych rzeczy. Pracownice uwijały się, bo co chwila ktoś kupował książki. Ku mojej niebywałej radości również moją! A spotkać kilka nieznanych mi do tej pory osób czytających mojego bloga i porozmawiać z nimi przy okazji podpisywania książki – bezcenne.

Przeszłam na Targach obydwie hale. Z uwagą obejrzałam chyba każde stoisko. Oprócz stoisk typowo wydawniczych wystawiały się także firmy drukarskie, dystrybutorzy książek, wydawcy ebooków czy stowarzyszenia literackie. Było również stoisko TVP sprzedające filmy. RR porozmawiał chwilę z panią na stoisku. Okazało się, że najlepiej sprzedaje się film „Wyklęty” Konrada Łęckiego prawie nigdzie nie rekomendowany i nie reklamowany, mający bardzo ograniczoną dystrybucję. Jako wydawcy książkowi wystawiała się też miedzy innymi Burda i Agora, a także magazyn psychologiczny Charaktery (nawiasem mówiąc – można na jego łamach przeczytać obszerne fragmenty „Gastronautki”).

Miło zapytać o coś i chwilę pogawędzić z osobami znanymi tylko do tej pory z ekranów telewizji czy zdjęć. Nie trzeba się ich absolutnie bać ani krępować. Oni przyjeżdżają właśnie po to, by być do dyspozycji swoich czytelników i fanów i są normalnymi, fajnymi i miłymi ludźmi. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że im większa gwiazda tym bardziej miła i bezpośrednia.

Nawet kawa i ciastka w targowych kawiarniach były wyśmienite. Czego jak czego, ale tak dobrej kawy na takiej imprezie jak Targi to ja się naprawdę nie spodziewałam.

Czy było coś nieprzyjemnego? Ano było.

Dla kogoś, kto zatwierdził taką lokalizację Międzynarodowego Centrum Targowo-Kongresowego EXPO bez dobudowywania przynajmniej jeszcze dwóch dróg dojazdowych na pewno już szykują specjalne miejsce w piekle. Targi w ciągu czterech dni odwiedziło ok. 70 tyś. osób, było 700 wystawców z 20 krajów, 600 dziennikarzy i 800 autorów. Ci wszyscy ludzie musieli dojechać jedną dwukierunkową wąską ulicą. W kulminacyjnym momencie, w sobotę, wyjazd z Targów trwał 2 godziny! A gdyby stało się coś złego? Ja rozumiem, że zawsze na tego typu imprezach trzeba liczyć się z dłuższym czasem na dojazd. Ale takiej bezmyślności się nie spodziewałam.

Zaskoczyli mnie także niektórzy ludzie. Pytali na stoiskach o gratisy, a następnie z obłędem w oczach ładowali do toreb co tylko się dało, w każdej ilości byle tylko było za darmo. Do czego mogą być potrzebne katalogi z propozycjami wydawniczymi i ulotki, skoro i tak ten człowiek nie zamierza go czytać ani kupować nic z jego oferty? Albo kilkadziesiąt zakładek do książek? Przecież to nawet nie bardzo nadaje się na podpałkę, bo lakierowany papier topi się a nie pali. Podpowie mi ktoś?

 

Przyjechałam na Targi z konkretną listą książek do kupienia. Niektórych nie dostałam, za to wpadły mi w oko inne. Zaszalałam, a co! RR stwierdził, że wystarczy mi książek na całą zimę. A ja w drodze powrotnej, w samolocie i autobusie zdążyłam przeczytać prawie trzy.

Tę książkę kupiłam nie dla przepisów w niej zawartych, bo nie umiem gotować z książek. Ona ma swoją zupełnie inną historię, której cdn.

No i zachwycił mnie Kraków. W żadnym mieście nie widziałam takich bajkowych dorożek, tylu prywatnych małych sklepików i tylu miejsc oferujących różne tak różne wydarzenia kulturalne. Wykorzystałam aktywnie każdą minutę pobytu. I ludzie w tym mieście jacyś tacy spokojniejsi, uśmiechnięci i elegancko ubrani.

 

Dokładnie rok temu zbierałam rozrzucone literki i rozdziały w całość. W ostatni weekend składałam podpis na swojej książce na największych Targach w Polsce. Wiem już jak smakuje SATYSFAKCJA. Jest wyśmienita! To jest chyba ten szósty smak.

Written by Róża Wigeland